— Baskowie w służbie gubernatora.

— Rodacy walczący pod obcą flagą. Ha! Jeśli myślą, że ich navajas robią na mnie wrażenie, to grubo się mylą.

Tymczasem mężczyźni zagasili cygara, zwilżyli gardła kilkoma kielichami malagi i zaczęli rozmawiać między sobą tak głośno, że Carmaux nie miał najmniejszych problemów, by wyłapać, co mówią.

— Widzieliście wisielców? — zapytał jeden z nich.

— Dziś wieczorem znowu im się przyjrzałem — odrzekł inny. — Ci łajdacy wciąż dają niezłe przedstawienie. Na widok jednego z nich, tego z wywalonym na wierzch jęzorem, można pęknąć ze śmiechu.

— A Czerwony Korsarz? — rzucił trzeci. — Wetknęli mu do ust cygaro, żeby jeszcze śmieszniej wyglądał. — Chętnie bym mu jeszcze podał parasol, coby się jutro osłonił przed słońcem. Zobaczymy, czy...

Huk uderzającej o stół pięści przerwał zdanie w połowie. Aż podskoczyły wszystkie kielichy. Carmaux nie mógł już dłużej znieść tych bezczelnych zniewag. Odskoczył od stolika tak błyskawicznie, że Czarny Korsarz nawet się nie zorientował.

— Niech mnie piorun trzaśnie! — zagrzmiał. — Wielka mi odwaga obśmiewać nieboszczyków! Spróbujcie pośmiać się z żywych, moi drodzy caballeros29!

Pięciu kompanów, zaskoczonych nagłym wybuchem gniewu nieznajomego, podniosło się jak na komendę, ściskając w dłoniach swoje navajas. Jeden z nich, bez wątpienia najodważniejszy, zapytał z groźnym wyrazem twarzy:

— Kim jesteś, caballero?