— Porządnym Baskiem, który szanuje zmarłych, lecz który umie także rozpruć flaki żywym.

Słysząc tę zaczepkę, mężczyźni wybuchli śmiechem, co jeszcze bardziej rozjuszyło pirata.

— Ach, więc to tak?! — rzucił blady z gniewu.

Carmaux spojrzał w stronę Czarnego Korsarza, który ani drgnął, zupełnie jakby całe zajście go nie dotyczyło. Następnie wyciągnął rękę w stronę tego, który zadał mu pytanie, i z całej siły go pchnął, wykrzykując mu w twarz:

— Myślisz, że prawdziwy wilk morski nie poradzi sobie z takim lądowym szczurem jak ty?!

Pchnięty Bask zatoczył się na stół. W mgnieniu oka jednak się podniósł, błyskawicznie wyciągnął zza pasa nóż i otworzył go z głośnym trzaskiem. Już miał rzucić się na Carmaux i przeszyć go ostrzem na wylot, kiedy Moko, który dotychczas przyglądał się całemu zajściu, na dany przez Czarnego Korsarza znak wskoczył pomiędzy dwóch raptusów, wywijając groźnie ciężkim, drewnianym krzesłem z żelaznymi okuciami.

— Stój albo cię zatłukę! — krzyknął do uzbrojonego Baska.

Pięciu wojowniczych najemników zrobiło krok do tyłu w obawie, że zamaszyście wywijający w powietrzu ciężkim krzesłem olbrzym o skórze czarnej jak węgiel roztrzaska im zaraz głowy. Szamotanina zaalarmowała kilkunastu siedzących w sąsiedniej sali biboszów30, którym przewodził drągal o fizjonomii zbira z przepasaną u boku szablą, w zawadiacko przechylonym na jedno ucho kapeluszu, ubrany w napierśnik z kordobańskiej skóry.

— Co tu się dzieje? — zapytał oschle i teatralnym gestem wyciągnął szablę z pochwy.

— Dzieją się tu rzeczy, mój drogi caballero... — odparł Carmaux, komicznie się kłaniając — które nie powinny cię obchodzić.