— Na wszystkich świętych! — warknął drągal, przyjmując groźny wyraz twarzy. — Widzę, że nie poznaliście jeszcze don Gamary y Mirandy, hrabiego Badajoz, szlachcica z Camarguy, i wicehrabiego...
— Wicehrabiego od siedmiu boleści — odparł Czarny Korsarz, zrywając się na równe nogi i mierząc wzrokiem dryblasa.
Władca Gamary i innych posiadłości najpierw spurpurowiał jak piwonia, a potem zbladł, po czym rzucił ochrypłym głosem:
— Do stu diabłów! Zaraz poślę cię na tamten świat i będziesz mógł się przywitać z tym ścierwem, które dynda sobie teraz wraz ze swoją piracką hałastrą na Plaza de Granada.
Na te słowa Carmaux już miał się rzucić na bezczelnego pyszałka, lecz powstrzymał go Czarny Korsarz, który ściągnął kapelusz, zrzucił pelerynę i szybkim ruchem dobył szpady, mówiąc drżącym głosem:
— Sam jesteś ścierwo, a twej padliny diabeł nie przyjmie nawet do piekła.
Gestem ręki dał znak, żeby wszyscy się rozstąpili. Jego ruchy zdradzały niebywałą pewność siebie i mogłyby zbić z pantałyku nawet najzuchwalszego adwersarza. Niewątpliwie świadczyły o wybornej znajomości fechtunku. Ustawił się na wprost szlachcica, po czym przyjął postawę do walki.
— Walcz, wicehrabio od siedmiu boleści! — wysyczał przez zaciśnięte zęby. — Za chwilę będzie tu o jednego trupa więcej.
Przeciwnik ustawił się w pozycji wyjściowej, lecz po chwili wyprostował się i rzekł:
— Zaraz, zaraz, caballero. Gdy staję z kimś w szranki, mam prawo poznać imię mojego przeciwnika.