— I pomyśleć, że to już drugiego mu wieszają!
— Tak, drugiego... Dwaj bracia zgładzeni na przeklętej szubienicy!
— Będzie chciał ich pomścić, Carmaux?
— Mam nadzieję. A my mu w tym pomożemy. Dzień, w którym ten przeklęty gubernator Maracaibo4 zawiśnie, będzie najpiękniejszym dniem mojego życia. Sprzedam wtedy dwa szmaragdy, które noszę zaszyte w spodniach. Dostanę za nie przynajmniej tysiąc piastrów5, co starczy na obfitą wyżerkę w gronie moich kamratów.
— Jesteśmy! A nie mówiłem?! To „Błyskawica” Czarnego Korsarza!
Statek, który chwilę temu był tylko cieniem, teraz znajdował się na pół kabla6 od łodzi.
Był to trzymasztowy żaglowiec, jeden z tych, których używali piraci z Tortugi podczas łowów na ogromne, hiszpańskie galeony, wywożące do Europy skarby z Ameryki Środkowej, Meksyku i innych ziem położonych w pobliżu równika.
Te zwinne korsarskie statki wyposażone były zazwyczaj w potężne maszty, umożliwiające żeglugę nawet przy najlżejszej bryzie. Miały wąską stępkę oraz zadarte wysoko dziób i rufę, zgodnie z prawidłami ówczesnej sztuki konstruktorskiej, a także dysponowały pierwszorzędnym uzbrojeniem.
Dwanaście karonad7 gotowych zionąć niszczycielskim ogniem ze swoich czarnych gardzieli wyzierało po stronie sterburty i bakburty8, na kasztelu9 natomiast prężyły się dwie lekkie armaty ładowane kartaczami, mogące obrócić w perzynę każdy statek.
Korsarski żaglowiec stanął w dryf, czekając na przybicie łodzi. W świetle latarni widać było stojący na dziobie tuzin uzbrojonych ludzi, którzy nie zawahaliby się wypalić z muszkietów przy najmniejszym podejrzanym ruchu.