— A więc przychodzę, bo chciałbym dotrzymać złożonej obietnicy. Dzisiaj to twoje życie jest w niebezpieczeństwie, więc pozwól, że ci się odwdzięczę czymś, co z pewnością docenisz.
— Mów jaśniej!
— Przyszedłem cię ocalić z rąk Van Goulda.
— Co takiego?! — wykrzyknął Czarny Korsarz zdumiony. — Nie obawiasz się go?
— Śpi teraz.
— Ale jutro się obudzi.
— I co z tego? — odparł tamten spokojnym tonem.
— Wścieknie się na ciebie, uwięzi cię i powiesi zamiast mnie. Czy wziąłeś to pod uwagę, hrabio? Dobrze wiesz, że z Van Gouldem nie ma żartów.
— A ty sądzisz, że będzie mnie podejrzewał? Flamandczyk to szczwany lis, wiem, ale nie sądzę, że przyjdzie mu do głowy, żeby mnie obarczyć za to winą. Karawela jest moja, załoga jest pod moimi rozkazami, nie opłaca mu się przeciwstawiać, to strata czasu i energii. Uwierz mi, sława wyniosłego okrutnika, która doń przylgnęła, nie przysparza mu zwolenników wśród członków załogi, moi rodacy odnoszą się do niego z dużą niechęcią. Być może źle robię, że cię uwalniam, zwłaszcza w tej chwili, kiedy Franciszek l’Olonnais lada chwila przypuści szturm na Gibraltar, ale jestem szlachcicem, a szlachectwo zobowiązuje — muszę przede wszystkim wywiązać się z danej obietnicy. Uratowałeś mi życie, a teraz ja uratuję twoje i wyrównamy w ten sposób rachunki. Jeśli zrządzeniem losu przyjdzie nam znaleźć się w tym samym czasie w Gibraltarze, każdy z nas będzie robił swoje — ty będziesz czynił swoją piracką powinność, ja zaś stanę po stronie Hiszpanów. Będziemy walczyć jak zawzięci wrogowie.
— Nie, hrabio, nie jak śmiertelni wrogowie.