— Jesteśmy wolni? Jak to się stało, panie? Czyżby ten nikczemny gubernator nagle odnalazł w sobie jakieś nieznane sobie wcześniej pokłady dobroci i postanowił zwrócić nam wolność?

— Cisza, idźcie za mną!

Czarny Korsarz, trzymając siekierę w dłoni, podszedł do bakburty. Wykorzystując moment, w którym marynarze okropnie hałasowali przy wykonywaniu manewru, czterema silnymi ciosami roztrzaskał dwie belki, robiąc wystarczający wyłom, żeby można się przez niego przecisnąć.

— Tylko bądźcie ostrożni i uważajcie, żeby nikt was nie zauważył — poruczył piratom.

Przeszedł przez wyłom w burcie i zawisł na najniższej belce, tak nisko, że do pasa był już w wodzie. Zaczekał chwilę, aż fala uderzy w burtę, wtedy odbił się i zaczął energicznie płynąć w kierunku szalupy. W ślad za nim poszli Carmaux i Van Stiller, którzy opuścili się do wody, trzymając w zębach podarowane przez Kastylijczyka sztylety. Odczekali, aż karawela ich minie i nadpłynie przywiązana do niej na długiej linie szalupa. Chwycili ją we trzech, wdrapali się na łódź jednocześnie z obu stron, tak żeby nie straciła równowagi.

Już mieli chwycić za wiosła, gdy lina, do której przyczepiona była płynąca za karawelą szalupa, spadła do morza przecięta przez przyjacielską rękę.

Czarny Korsarz spojrzał do góry i pośród spowijających noc ciemności dostrzegł sylwetkę człowieka, który w geście pożegnania podniósł do góry dłoń.

— Prawdziwie szlachetna dusza — powiedział po cichu Czarny Korsarz, doceniając gest Kastylijczyka. — Niech Bóg ma go w swojej opiece i uchroni przed złością Van Goulda.

Karawela płynęła na pełnych żaglach w kierunku Gibraltaru. Na statku nie podniósł się żaden alarm, nikt niczego nie zauważył. Widać było, jak halsuje, by po jakimś czasie zniknąć w końcu za zalesionymi wysepkami.

— Do stu piorunów! — krzyknął Carmaux, przerywając ciszę panującą na pokładzie. — Nie mogę się połapać: czy to się dzieje naprawdę, czy może wciąż śnię. Przed chwilą byliśmy uwięzieni w ładowni statku i o świcie słońca mieliśmy już wisieć, a tymczasem jesteśmy wolni. Kto by pomyślał! Doprawdy trudno w to uwierzyć. Co zatem się takiego stało, kapitanie? Kto pomógł uciec temu staremu ludożercy?