Na wszystkich drogach prowadzących do miasta ustawiono zasieki i działa, wykopano rowy, które zalano wodą, wzniesiono barykady i palisady, które sterczały nachylone i wymierzone ostrzem w przeciwnika. W dodatku okazało się też, że dowódca fortu — jeden z odważniejszych ludzi, jakich Hiszpania wówczas miała w Ameryce — kazał przysiąc swoim żołnierzom, że będą bronić dostępu do miasta do ostatniego człowieka, byleby tylko nie dopuścić do utraty sztandaru powiewającego dumnie nad miastem.
W obliczu tak niewesołych wieści niepokój zagościł w sercach nawet najbardziej walecznych piratów, pomyśleli, że wyprawa zakończy się fiaskiem.
Franciszek l’Olonnais, gdy zwiadowcy podzielili się z nim zdobytymi informacjami, nie stracił ducha i zapału. Jeszcze tego samego wieczora zwołał naradę wszystkich dowódców i wypowiedział słowa, które przeszły do historii. Z jego mowy jasno wynikało, ile wiary pokładał w sobie i w piratach walczących pod jego komendą:
— Jest dziejową koniecznością, moje wilki morskie, żebyśmy jutro wykazali się odwagą i walecznością — powiedział. — Pamiętajcie, że ryzykujecie nie tylko życie, ale i wszystkie kosztowności, które wywalczyliście sobie w znoju, przelewając krew. Ale przecież pokonywaliśmy nieprzyjaciół o wiele liczniejszych niż ci, którzy teraz znajdują się w Gibraltarze, ale i większe będą skarby, które być może zdobędziemy. Niech wasz dowódca będzie dla was przykładem, jak należy walczyć.
O północy statki pod dowództwem Michała Baska, z około czterystoma ludźmi na pokładzie, zacumowały w zatoczce.
Piraci z oddziału Franciszka l’Olonnais już zwinęli obozowisko i gotowali się do marszu w stronę Gibraltaru, do którego mieli nadzieję dotrzeć skoro świt, nie chcieli bowiem podejmować szturmu w nocy.
Czterystu ludzi Baska zeszło na ląd, uformowało kolumny i żwawo pomaszerowało przez dżunglę, zostawiając na plaży dwudziestu ludzi do pilnowania szalup.
Carmaux i Van Stiller, pożywieni i wypoczęci, ustawili się za Czarnym Korsarzem, z niecierpliwością wyczekując szturmu, a jeszcze bardziej spotkania z Van Gouldem.
— Przyjacielu Van Stillerze — zagaił wesoły Carmaux — miejmy nadzieję, że tym razem dopadniemy tego łotra i przekażemy go w ręce kapitana.
— Kiedy tylko zdobędziemy twierdzę, pobiegniemy do miasta i nie pozwolimy mu uciec. Słyszałem, że kapitan już wydał rozkaz pięćdziesięciu ludziom, którzy w razie ucieczki Hiszpanów mają za zadanie odciąć im drogę w dżungli.