— To prawda, ale jak widzisz, jesteśmy cali i zdrowi. Wymknęliśmy mu się dzięki pomocy hrabiego Lermy.
— Tego hiszpańskiego szlachcica, któregośmy schwytali w domu notariusza z Maracaibo?
— Właśnie tego, kamracie. A co z dwoma rannymi, których z tobą zostawiliśmy?
— Zmarli wczoraj rano — odpowiedział Moko.
— Biedne diabły! Jakże mi ich żal! A Katalończyk?
— O tej porze zapewne jest już w Gibraltarze.
— Miasto będzie stawiać zawzięty opór, kamracie.
— Obawiam się, że wielu z nas nie zasiądzie już razem do wieczerzy. Dowódca fortu to człowiek, który będzie się bronił rękami i nogami. Wszędzie rozstawił wojsko, działa i zasieki, blokując dojazd do miasta.
— Miejmy nadzieję, że nas śmierć nie dosięgnie i że osobiście powiesimy Van Goulda.
Tymczasem cztery długie kolumny przedzierały się po cichu przez leśną gęstwinę, która otaczała Gibraltar, a przed nimi szły niewielkie, złożone z kilku ludzi oddziały zwiadowcze, składające się głównie z bukanierów.