Pod naporem przeciwnika Hiszpanie uciekali z pola bitwy i szukali schronienia w twierdzy, ale wraz z nimi wbiegli do środka także piraci, na czele z Franciszkiem l’Olonnais, Czarnym Korsarzem i Michałem Baskiem, którzy cudem wyszli z tego starcia bez szwanku czy choćby najmniejszego draśnięcia.

Hiszpanie nie dawali za wygraną i nadal zajadle się bronili w murach twierdzy. Woleli chwalebnie polec w walce niż patrzeć, jak wrogowie ściągają z masztu flagę Hiszpanii.

Czarny Korsarz wbiegł na dziedziniec i próbował przedostać się przez szeregi zażarcie walczących w obronie Gibraltaru żołnierzy.

Ostrzem szpady przeszył kilku arkebuzerów, którzy stanęli mu na drodze, po czym ujrzał biegnącego ku niemu mężczyznę, ubranego w eleganckie szaty, w szarym kapeluszu z długim strusim piórem.

— Broń się, panie! — krzyknął ów jegomość, dobywając swej lśniącej szpady. — Już po tobie!

Czarny Korsarz skończył właśnie pojedynek z dowódcą arkebuzerów, który właśnie konał u jego stóp. Na widok nadbiegającego mężczyzny wykrzyknął zdumiony:

— To ty, hrabio?

— We własnej osobie — odpowiedział Kastylijczyk, wymachując swą długą szpadą. — Broń się, bo czasy przyjaźni już się skończyły. Ty walczysz po stronie piratów, ja bronię flagi Kastylii.

— Pozwól mi przejść, hrabio — odpowiedział Czarny Korsarz, próbując się przedostać przez tłum walczących ze sobą Hiszpanów i piratów.

— Nie, panie, jeśli chcesz, będziesz musiał mnie zabić — odpowiedział zdecydowanym tonem Kastylijczyk.