Ubrana w białą suknię, ze złotymi włosami, które spływały jej na plecy, zdawała się być zjawą.
Lekko niczym duch, w milczeniu przeszła przez pokład. Szła dumna i wyprostowana, nie okazując żadnych emocji.
Podeszła do drabinki, gdzie kwatermistrz wskazał jej szalupę, która kołysana przez fale głucho uderzała w burtę. Honorata przystanęła na chwilę i spojrzała w kierunku rufy, gdzie na tle czarnego nieba wyraźnie rysowała się sylwetka Czarnego Korsarza oświetlana raz po raz przez oślepiające błyskawice.
Patrzyła przez długą chwilę na dumnego wroga jej ojca, który wyprostowany stał na mostku z rękami skrzyżowanymi na piersiach. Następnie pożegnała go skinieniem ręki, po czym szybko zeszła do czekającej na nią łodzi.
Kwatermistrz odwiązał cumę, zanim kapitan zdołał go powstrzymać.
Z gardeł całej załogi wyrwał się krzyk:
— Daruj jej, kapitanie!
Czarny Korsarz milczał. Wychylił się za burtę i wzrokiem odprowadzał łódź, którą fale groźnie huśtały na boki, rzucając na pełne morze.
Powiał mocniejszy wiatr, a niebo rozbłysło piorunami, łoskot fal i huk grzmotów zlały się w jedno.
Szalupa oddalała się. Na jej dziobie można było dostrzec białą postać młodej dziewczyny, która z dłońmi uniesionymi w kierunku „Błyskawicy” wpatrywała się w Czarnego Korsarza.