Podobny do wycia dzikiego zwierza krzyk Czarnego Korsarza przeszedł w rozdzierający szloch.
— Nie załamuj się, kapitanie! — wzruszony Carmaux próbował podnieść na duchu swojego dowódcę.
Czarny Korsarz ruchem ręki wskazał na powieszone ciało.
— Robi się, kapitanie — rzekł Carmaux.
Moko, z pirackim nożem w zębach, wspiął się na rusztowanie. Jednym ruchem przeciął sznur i zaczął wolno opuszczać ciało w dół. Carmaux stanął pod nim. Choć ciało Czerwonego Korsarza zaczęło się już rozkładać, pirat delikatnie chwycił je w ramiona, a następnie owinął w rozłożoną na ziemi czarną pelerynę swojego kapitana.
— Chodźmy — rzekł Czarny Korsarz, wzdychając. — Zrobiliśmy, co do nas należało. Ocean czeka na ciało jednego ze swych nieustraszonych synów.
Murzyn podniósł owiniętego w pelerynę nieboszczyka, po czym wszyscy trzej, pogrążeni w smutku i ciszy, opuścili plac. Na jego skraju Czarny Korsarz odwrócił się i spojrzał po raz ostatni na czternastu piratów, których ciała posępnie majaczyły w ciemnościach, i rzekł smutnym głosem:
— Żegnajcie, odważni nieszczęśnicy, żegnajcie, kamraci Czerwonego Korsarza! Piracka brać wkrótce pomści waszą śmierć.
Skierował ogniste spojrzenie na górujący nad placem pałac gubernatora i dodał smutno:
— Van Gould, pomiędzy tobą a mną jest tylko śmierć!