Ruszyli w drogę. Chcieli jak najszybciej wydostać się z Maracaibo i dotrzeć do brzegu morza, by wrócić na korsarski statek. Nie powinni byli dłużej tam przebywać, po nieprzyjemnej przygodzie w karczmie stracili pewność siebie.

Minęli trzy lub cztery całkowicie opustoszałe ulice, gdy Carmaux, który szedł na przedzie, dostrzegł nagle wpółukryte pod ciemnymi arkadami ludzkie cienie.

— Wolniej! — powiedział po cichu, odwracając się w stronę kompanów. — Jeśli mnie wzrok nie myli, to chyba ktoś się na nas zaczaił.

— Gdzie? — zapytał Czarny Korsarz.

— Tam, pod arkadami.

— Czyżby ludzie z karczmy?

— Do stu zdechłych wielorybów! A jeśli to Baskowie ze swoimi navajami?

— Damy im radę, słono nam zapłacą za tę zasadzkę — powiedział Czarny Korsarz, dobywając szpady.

— Mój kordelas pokaże im, kto tu rządzi! — odparł Carmaux.

Trzej mężczyźni, owinięci w obszerne peleryny, najpewniej serape33, stanęli na czatach po prawej stronie ulicy, a dwaj pozostali, do tej pory ukryci za porzuconym wozem, zamykali przejście z lewej strony.