— Morgan przybędzie z odsieczą, jestem tego pewien. Idź już, oddział jest tuż-tuż.

Nie trzeba mu było tego dwa razy powtarzać. Jako że droga była odcięta przez dwa zbliżające się patrole, Moko pobiegł w boczną uliczkę i wdrapał się na mur okalający pobliski ogród.

Czarny Korsarz zaczekał, aż Moko przeskoczy na drugą stronę, po czym zwrócił się do Carmaux:

— Przygotujmy się do ataku na oddział, który nadchodzi od przodu. Jeśli damy radę przełamać ich opór, być może uda nam się wymknąć poza miasto i skryć się w dżungli.

Przyczaili się na rogu ulicy. Drugi oddział, dostrzeżony przez Moka, znajdował się teraz nie dalej niż trzydzieści kroków od nich, pierwszy z kolei pozostawał niewidoczny, najwyraźniej zatrzymał się.

— Bądź gotów — rzekł Czarny Korsarz.

— Jestem — odparł pirat, ukrywając się za węgłem domu.

Ośmiu halabardników nagle zwolniło kroku, jakby w obawie przed zasadzką. Jeden z nich, być może dowódca, ostrzegł pozostałych:

— Powoli, chłopcy! Ci zbóje z pewnością są niedaleko.

— Nas jest ośmiu, panie Elvaez — odpowiedział jeden z nich — a karczmarz mówił, że piratów było tylko trzech.