— A niech to diabli! Nie ma tu nawet żadnego muru, na który można by się wspiąć i przeskoczyć na drugą stronę — zauważył Czarny Korsarz.

— Same wysokie domy.

— Zawracamy, Carmaux. Żołnierze są jeszcze daleko, cofniemy się i znajdziemy inną drogę, która pozwoli nam wydostać się z miasta.

Już miał wprowadzić słowa w czyn, gdy nagle dodał:

— Albo nie, mam inny pomysł! Myślę, że przy odrobinie sprytu uda nam się zatrzeć za sobą ślady.

Odwrócił się w kierunku zabudowań zamykających ulicę. Stał tam skromny, dwupiętrowy dom z kamienia i z drewna. Na jego górnym piętrze znajdował się mały taras, który zdobiły wazony i kwiaty.

— Carmaux — rzekł Czarny Korsarz — otwórz mi te drzwi!

— Tutaj się schowamy?

— To chyba najlepszy sposób, by żołnierze zgubili nasz trop.

— Dobrze pomyślane, kapitanie. Jako właściciele nie będziemy musieli za nic płacić.