— Pewien biedaczyna jest już jedną nogą na tamtym świecie, a wiecie, że w takich chwilach należy pomyśleć o spadkobiercach.
— Zgadza się, panie, ale bądź ostrożny, grasują tu piraci.
— Mój Boże! — wykrzyknął Carmaux, udając przestraszonego. — Piraci tutaj? Jakim cudem te kanalie śmiały wejść do niezdobytego miasta Maracaibo, którym zarządza śmiały Van Gould?
— Nie mam pojęcia, nie widziano żadnego statku w okolicach wysp ani też w zatoce Coro37. Nie ulega jednak wątpliwości, że tu są. Wiedz, że zabili już kilku ludzi i prosto z szubienicy porwali trupa Czerwonego Korsarza, którego powieszono wraz z załogą naprzeciw pałacu gubernatora.
— Diabelskie nasienie! A gdzie są teraz?
— Prawdopodobnie uciekli z miasta. Wysłano już oddziały żołnierzy, które przeczesują okolicę. Oby udało nam się ich złapać i powiesić tak jak pozostałe zdradzieckie psy.
— A nie ukryli się przypadkiem w mieście?
— To niemożliwe, widziano ich, jak uciekali poza miejskie mury.
Carmaux dość się już dowiedział. Uznał, że czas kończyć pogawędkę i oddalić się, by nie minąć się z Mokiem.
— Będę uważał, aby ich nie spotkać — rzekł. — Spokojnej służby, żołnierzu. Muszę już iść, umierający klient nie będzie czekał.