— Powodzenia, mości panie notariuszu.
Sprytny pirat nasunął kapelusz na oczy i oddalił się śpiesznie, udając, że rozgląda się trwożliwie na wszystkie strony i pozorując strach, którego wcale nie odczuwał.
— Ha! — powiedział, gdy był już dość daleko. — Sądzą, że nie ma nas w mieście! Wspaniale, moje wy serdeńka! Będziemy sobie siedzieć w spokoju w domu znakomitego notariusza dopóty, dopóki żołnierze nie zakończą poszukiwań, a potem się ulotnimy. Co za przebiegły pomysł miał kapitan! Franciszek l’Olonnais, który uważa się za najprzebieglejszego z piratów Tortugi, nie wymyśliłby lepszego fortelu!
Carmaux skręcił w znacznie szerszą od dotychczasowej ulicę, wzdłuż której wznosiły się piękne domy ze zdobiącymi wejścia eleganckimi werandami, wspartymi na różnobarwnych palach. Wtem spostrzegł czarny cień olbrzymich rozmiarów, który tkwił nieruchomo pod rosnącą naprzeciw wytwornego domu palmą.
— Jeśli się nie mylę, to musi być mój czarny niczym węgiel druh — mruknął pirat. — Tym razem dopisuje nam niezwykłe szczęście, ale to pewne, że sam diabeł nad nami czuwa, a przynajmniej tak utrzymują Hiszpanie.
Człowiek na poły ukryty za pniem palmy ujrzał zbliżającego się Carmaux i starał się wtopić w mrok zalegający przy budynku. Z pewnością myślał, że to jeden z żołnierzy zbliża się ku niemu. Najwyraźniej jednak w cieniu domu nie czuł się pewnie, gdyż nagle skręcił za róg, by zniknąć w jednej z ulic miasta. Pirat zdążył upewnić się, że to faktycznie był ich kamrat Moko.
Kilkoma susami dopadł kamienicy, a gdy znalazł się za rogiem, krzyknął półgłosem:
— Hej! Przyjacielu!
Moko od razu przystanął. Po chwili wahania cofnął się. Rozpoznał Carmaux, chociaż ten bardzo dobrze ukrył się w przebraniu hiszpańskiego mieszczanina. Szczęśliwy i zdziwiony zarazem wykrzyknął:
— To ty, mój biały przyjacielu!