Po wywróceniu całego domu do góry nogami Carmaux i Moko przynieśli swoje zdobycze: wędzoną szynkę i pewien gatunek pikantnego sera, który — jeśli wierzyć zapewnieniom Carmaux — miał wszystkich wprawić w dobry nastrój i uczynić smaczniejszą degustację win z piwniczki notariusza.

Powiadomili Czarnego Korsarza, że śniadanie podano do stołu, a butelki z winem stały otwarte, kiedy ponownie rozległo się stukanie do drzwi.

— Kto to może być? — zdziwił się Carmaux. — Kolejny klient pragnący dotrzymać notariuszowi towarzystwa?

— Idź i zobacz! — zarządził Czarny Korsarz, który zdążył już zasiąść do stołu.

Nie trzeba mu było tego powtarzać dwa razy, Carmaux podszedł do okna, lekko się wychylił, nie otwierając okiennicy, i zobaczył stojącego przed drzwiami starszego człowieka, sługę lub woźnego sądowego.

— Do diabła! — mruknął. — Pewnie przyszedł zobaczyć, czy jest tu ten chłopak. Nagłe zniknięcie narzeczonego na pewno zaniepokoiło narzeczoną, świadków i gości. Z deszczu pod rynnę... Sprawy przybierają zły obrót.

Tymczasem sługa, któremu nikt nie raczył otworzyć, bez ustanku łomotał w drzwi, czyniąc raban, który wzbudził ciekawość wychylających się z okien okolicznych mieszkańców.

Nie było innej rady, jak wpuścić i zakneblować także tego nieproszonego gościa, zanim podejrzliwi sąsiedzi postanowią wyważyć drzwi lub powiadomić straże.

Carmaux i Moko pośpiesznie zbiegli więc na dół i zaprosili sługę do środka. Gdy tylko jegomość przekroczył próg domu, Moko zacisnął mu dłoń na gardle, by nie mógł krzyczeć, związał go i zakneblował mu usta, po czym zawlókł do pomieszczenia, w którym siedzieli jego nieszczęsny pan i nie mniej nieszczęsny pan domu.

— Diabeł ich tu nadał! — warknął Carmaux. — Jeśli to się nie skończy, wkrótce uwięzimy wszystkich mieszkańców Maracaibo.