Kastylijczyk, widząc, że nikt nie kwapi się otworzyć, zaczął łomotać jeszcze mocniej, potrząsając bez ustanku ciężką żelazną antabą39. Musiał mieć o wiele mniej cierpliwości niż poprzednicy, ale też więcej niż oni determinacji.
— Idź, Carmaux! — powiedział Czarny Korsarz.
— Obawiam się kapitanie, że nie będzie nam wcale łatwo go schwytać i uwięzić. Jest silny, jestem przekonany, że stawi zacięty opór.
— Pójdę z tobą, moje mocne ramiona dadzą mu radę.
Czarny Korsarz spostrzegł w kącie opartą o ścianę szpadę, starą rodzinną broń przechowywaną przez notariusza jako pamiątka. Wziął ją do ręki i wypróbował giętkość ostrza, po czym przypiął ją sobie do pasa, mówiąc pod nosem:
— Ta toledańska stal zaraz zabawi się z Hiszpanem.
Tymczasem zniecierpliwiony jegomość wściekle walił pięściami w drzwi. I prawie by je wyważył, gdyby nie zjawili się w końcu Carmaux i Moko. Szlachcic wszedł do środka, trzymając lewą rękę na rękojeści szpady i marszcząc czoło, jego twarz zaś zdradzała zaniepokojenie.
— Z armaty mam strzelać, żebyście mi otworzyli? — zapytał mocno zdenerwowany.
Przybysz był przystojnym mężczyzną około czterdziestki: wysoki, postawny, męski i dumny. Miał czarne oczy i nosił czarną, gęstą brodę, która nadawała jego twarzy wojowniczego wyrazu.
Ubrany był w eleganckie, hiszpańskie szaty z czarnego jedwabiu i wysokie buty z ostrogami, wykonane z żółtej skóry, z rozszerzającymi się ku górze cholewami o ząbkowanej krawędzi.