— Czyżby pan Ventimiglii miał porachunki z władzami Maracaibo?

— Nie darzą mnie tu miłością, a zwłaszcza nie darzy mnie nią Van Gould, który ucieszyłby się, mogąc dostać mnie w swoje ręce. A ja byłbym rad móc dostać go w swoje.

— Nie rozumiem — powiedział Kastylijczyk.

— To nie twoja sprawa, hrabio. A zatem poddasz się?

— Spodziewasz się, że usłucham? Że człowiek ze szpadą podda się bez walki?

— A zatem zmuszasz mnie, bym cię zabił. Nie mogę puścić cię wolno, inaczej przyniesiesz zgubę mnie i moim przyjaciołom.

— Wyjawisz mi w końcu, kim jesteś?

— Powinieneś już to odgadnąć: jesteśmy piratami z Tortugi. Broń się albo zginiesz.

— O to nietrudno, gdy jest trzech na jednego.

— Nimi się nie martw, panie — rzekł na to Czarny Korsarz, wskazując na Carmaux i Moka. — Kiedy ich kapitan staje do walki, nie mają w zwyczaju się mieszać.