Gdy dom ojcowski się pali,

W krwi brodząc i kurzem okryta,

Niby bachantka biegła oszalała.

Śród mordów i jęków fali

Biegła coraz to dalej —

Tak-ci Kipryda ją gnała,

By rzucić Alkmeny synowi:

Straszne to zaślubiny!

*

Tebańskie wy mury,