I jęła strasznie trząść nią w tę i ową stronę,

Ażeby z czoła strząsnąć więzy rozpłonione.

Na próżno! Nie puściło to złoto złowieszcze,

A gdy tak trzęsła głową, ogień wzmógł się jeszcze,

Podwójnym płonął blaskiem. I padła na ziemię,

Zwalona ręką losu. Żadne ludzkie plemię

Nie mogłoby jej poznać: zeszpecone lica

Zaledwie były jasne dla oczu rodzica.

Nie widać ócz ni twarzy, od góry do dołu

Sączyła krew z kroplami płomieni pospołu.