Zwróciłem się z zapytaniem do starej, ale ta za całą odpowiedź tylko szybciej mrugać zaczęła, ukrywając w oczach wyraz zakłopotania i nieśmiałości, która mnie zawsze wydaje się wzruszającą u ludzi wiekowych.

Nie nalegałem.

Później przyszło to jakoś samo z siebie, iż Symchowa nieraz dość chętnie, bez wypytywań, opowiadała mi coś o sobie i córce, o „naszej biedzie”.

Mówić: „ach, ta nasza bieda” — było jej przysłowiem.

VII

„Nasza bieda” w postaci dotkliwej zaczęła się — pojąć to łatwo — z chwilą, gdy Symcha wozem czarnym odwieziony został na kirkut.

Był to człowiek bardzo umęczony niepowodzeniem w handlu sklepikarskim i jakąś przewlekłą chorobą; tak „delikatny” — według słów wdowy — i tak na ostatku już zwątlony niezdrowiem, że chodząc stąpał z nadzwyczajną ostrożnością, jakby w swem wnętrzu nosił niezmiernie kruche a szacowne naczynie. Ostatecznie musiało ono pomimo całej troskliwości uledz stłuczeniu, co tak zmartwiło Symchę, iż umarł. Sądzę, że nie mógł nawet inaczej uczynić, ponieważ to jego drogie naczynie zapewne nie było czem innem, jak właśnie naczyniem życia.

Po utracie męża został Symchowej jej własny, cały i nienaruszony dzban zdrowia. Co prawda — za cały majątek, dodawała z westchnieniem. W córeczce jej zaś tkwiło (smutna po ojcu spuścizna) naczyńko bardzo delikatne, bardzo kruche, może szklane lub kryształowe, z drogiego kryształu, jak u Symchy, wymagające nadzwyczajnej uwagi, opieki i troskliwości, żeby się nie stłukło.

Symchowej nie potrzeba było napędzać do czuwania nad małą i jej zdrowiem. „Mój skarb jedyny”. To słowo wszystko tłómaczy — czyż trzeba kogoś uczyć, by dbał o swój skarb jedyny? Nie. Lecz niemniej przyznać należy — co nawet sam Symcha przykładem swym stwierdził — iż troskliwość ludzka niepoparta pieniędzmi, które dają możność zaspakajania potrzeb wątłego dziecka, lub chorowitego starca, tyle im bywa pomocną, co chuchanie na ranę. Symcha chuchał, dmuchał na siebie, na swoje zdrowie, stąpał bardzo ostrożnie; cóż z tego — kiedy jednocześnie mało jadał, mało pijał mleka, krótko mógł wypoczywać — i naczynie stłukło się. Nicby nie było dziwnego, gdyby — pomimo całej matczynej troskliwości — to samo nastąpiło z kryształową konchą, w której trzepotał się duch życia jej dziecka, duch tak skory do odlotu.

Czemuż więc przypisać, że dzieweczka nie umarła pomimo ciągłego pisku i dokuczań biedy?