Odtąd widywałem je codziennie, a czasem zachodziłem z niemi w rozmowę.
VI
— Ależ mnie wcale zęby nie bolą!
Rozśmieszyło ją moje posądzenie, iż cierpi na fluksyę.
— Pan myślał, że mam twarz spuchniętą.
Zesunąwszy chusteczkę niżej podbródka, odsłoniła swe szczupłe policzki. Była to twarzyczka dziewczęcia wątłego, powabna, ale nie mająca jędrności i świeżej cery zdrowia; wyglądałaby mizerniej, gdyby nie odrobina złocistości na policzkach i czole. Opalić się w turbanie swoim nie mogła; jednak musiało słońce zaglądać do nieosłoniętego otworu, bo bladość jej leciutko cieniem złotawym przysłoniło.
Za to ust dziewczynki — małych i ładnie narysowanych, żaden pędzel różem nie powlókł; mówiły one zbyt wyraźnie o niedostatku krwi.
— Brzydko w tej chustce wyglądam — wiem o tem — ciągnęła z milutkiem zawstydzeniem. I zawsze mnie ludzie częstują lekarstwem na zęby.
— Więc pocóż umyślnie się szpecić?
— Tak, z przyzwyczajenia. Czy ja wiem zresztą. Mama toby panu wytłómaczyła.