Teraz nikt już nie panował nad sobą. Wszystko rozbiegło się w popłochu. Pięć, sześć bażantów wzniosło się jednocześnie z głośnym wrzaskiem.

— Nie wzlatywać! — zawołały inne, biegnąc przed siebie.

Grzmot zahuczał, pięć razy, sześć razy, a z bażantów, które wzleciały, kilka bez życia spadło z powrotem na ziemię.

— Chodź teraz! — powiedziała matka.

Bambi podniósł wzrok.

Ronno i Karus znikli już. A tam uciekała pani Netla. Tylko Marena była jeszcze przy nich. Bambi poszedł z matką, Marena skromnie przyłączyła się do nich.

Dokoła nich huczało, wyło, szalało i grzmiało. Matka była spokojna. Drżała tylko lekko, ale panowała nad swymi myślami.

— Bambi, dziecko moje — mówiła — trzymaj się ciągle za mną. Musimy się stąd wydostać i przebiec przez polanę. Ale tu w gąszczu chodźmy powoli.

Wycie dochodziło do szaleństwa. Dziesięć czy dwanaście razy zahuczał grom, który ON miotał ze swoich rąk.

— Spokojnie — powiedziała matka. — Nie biegać! Dopiero gdy będziemy musieli przejść przez polanę, wtedy biegnij, ile masz sił. I nie zapominaj, Bambi, dziecko moje, kiedy będziemy na polanie, nie myśl już o mnie. Nawet gdybym padła, nie zważaj na to... tylko naprzód, naprzód! Rozumiesz, Bambi?