W huczącej wrzawie matka celowo szła krok za krokiem. Bażanty przecinały im drogę, wciskały się w śnieg, zrywały się znowu, znowu zaczynały biec. Cała rodzina zajęcy skakała tu i tam, przysiadała, skakała dalej. Nikt nie mówił ani słowa. Wszyscy byli wyczerpani z lęku, obezwładnieni od wycia i grzmotów.
Przed Bambim i jego matką rozjaśniło się. Poprzez kratę krzaków przeświecała polana. Za nimi, bliżej, coraz bliżej uderzały o pnie drzew płoszące dźwięki bębnów, trzaskały łamane gałęzie, wyły okrzyki „Ha-ha” i „Ho-ho!”.
Tuż obok nich przemknął teraz przyjaciel zając z dwoma kuzynami, wybiegając na polanę.
— Bumm! Peng, bamm! — zahuczał grom.
Bambi zobaczył, jak przyjaciel zając podczas biegu wywinął miękko koziołka, odwrócił się białym brzuchem ku górze i nie wstał więcej. Drgał jeszcze przez chwilę, potem ucichł.
Bambi stał skamieniały.
Ale za nim rozległy się okrzyki:
— Są już, są już! Wszyscy muszą uciekać!
Wielki szum szybko rozwijanych skrzydeł, łkanie, szelest lotek. Bażanty wzleciały, wzniosły się prawie jednocześnie całą chmarą. Powietrze pękało od wielokrotnych grzmotów, słychać było głuchy odgłos spadających ciał, słychać było delikatny świst ulatujących uratowanych ptaków.
Bambi usłyszał kroki i spojrzał za siebie.