To był ON.
Wybiegł spomiędzy krzaków, tam i tu i znowu tam. Wszędzie wynurzał się ON, walił dokoła siebie, zrąbywał krzaki, bębnił po pniach i krzyczał straszliwym głosem.
— Teraz! — powiedziała matka. — Prosto przed siebie! I nie za blisko za mną!
Jednym skokiem wybiegła na polanę, aż śnieg zakurzył się za nią.
Bambi pomknął w jej ślady. Grzmot zahuczał nad nimi ze wszystkich stron. Zdawało się, że ziemia została rozdarta na dwoje.
Bambi nie widział nic. Biegł. Całe nagromadzone pragnienie wydostania się z tego huku, wydostania się z obrębu tego podniecającego zapachu, cały nagromadzony popęd do ucieczki, tęsknota za ratunkiem — wszystko to rozpętało się w nim nareszcie. Biegł. Zdawało mu się, że widział padającą matkę, ale nie wiedział, czy padła naprawdę. Czuł mgłę przed oczyma. Mgłę tę rzuciła mu na oczy zbudzona wreszcie trwoga przed grzmotem, który huczał dokoła niego. Nie mógł się zastanawiać, nie mógł patrzeć, biegł tylko.
Polana była poza nim. Przyjęła go nowa gęstwina. Za nim zabrzmiał jeszcze raz krzyk, zahuczał jeszcze raz głośny strzał, a w gałęziach ponad nim zadudniało coś krótko, jak pierwsze uderzenia gradu...
Potem zrobiło się ciszej.
Bambi biegł.
Umierający bażant leżał z wykręconą szyją na śniegu i słabo jeszcze tylko uderzał skrzydłami. Słysząc, że Bambi nadbiega, przerwał swoje kurczowe ruchy i szepnął: