— Niech sobie myśli, co chce — zawołała i znowu poczęła krzyczeć: — Ach-och! Ba-och!... Cóż to za okropna pycha być takim wielkim!
Biadała dalej:
— Ba-och!
Wołała dalej:
— Puść mnie... nie mogę nie krzyczeć! Muszę! Ba-och! Ba-och! Ba-och!
Jeleń stanął teraz na małej polance, spokojnie szukając w trawie przysmaków.
W Bambim, który spoglądał to na szalejącą Falinę, to znowu na spokojnego jelenia, zbudził się jakiś bunt. Słowami, które wypowiedział przedtem do Faliny, przezwyciężył zupełnie własne przerażenie. Teraz robił sobie wyrzuty z powodu żałosnego stanu, w jaki wprawiał go zawsze widok jelenia, tego stanu stanowiącego dręczącą mieszaninę grozy, podniecenia, podziwu i poczucia niższości.
— To wszystko nie ma sensu — powiedział, zmuszając się z wysiłkiem do stanowczości. — Pójdę teraz prosto do niego i zawrę z nim znajomość!
— Nie rób tego! — krzyknęła Falina. — Nie rób tego! Ba-och! Stanie się nieszczęście! Ba-och!
— Zrobię to bezwarunkowo — odpowiedział Bambi.