— Nareszcie! — mruknął do siebie.

W tej chwili nadeszli też Gobo i Falina. Wszyscy troje stali obok siebie i spoglądali w stronę ciotki Eny, która cicho podniosła głowę i ospale spoglądała w ich stronę.

Gobo wykonał kilka nieśmiałych kroków i zawołał cicho:

— Mamo!...

Leżąca, jakby poderwana gromem, zerwała się teraz na nogi i stanęła jak przykuta.

Gobo szybko skoczył do niej.

— Mamo... — zaczął znowu, chciał mówić, ale nie mógł wydobyć słowa.

Matka spojrzała mu głęboko w oczy. Znieruchomienie jej poczęło ustępować; drżała tak mocno, że fala za falą przebiegały jej przez łopatki i plecy.

Nie pytała o nic, nie żądała wyjaśnień, nie kazała sobie opowiadać. Wolno pocałowała Goba w usta, całowała jego policzki, jego szyję; nieustannie obmywała go swymi pocałunkami, jak niegdyś w owej godzinie, kiedy go urodziła.

Bambi i Falina odeszli.