Szli może jeszcze godzinę tu i tam. Słońce coraz jaśniej przeświecało poprzez gałęzie, las stawał się coraz cichszy. Czas już było położyć się i wypocząć. Ale Gobo nie czuł się zmęczony. Szedł szybko naprzód, dysząc ciężko z niecierpliwego podniecenia i bezładnie rozglądając się dokoła.
Wzdrygnął się, kiedy łasica przebiegła przed nimi wśród kępek trawy. Omal nie nastąpił na bażanty, które tuliły się mocno do ziemi, ale kiedy bijąc głośno skrzydłami i złorzecząc, uciekły przed nim, przeraził się bardzo.
Bambi dziwił się widząc, jak obco i ślepo chodził Gobo po lesie.
Gobo przystanął i zwrócił się do Bambiego i Faliny.
— Nie można jej znaleźć! — zawołał z rozpaczą.
Falina uspokoiła go.
— Zaraz — powiedziała wzruszona — zaraz, Gobo.
Spojrzała na niego. Znowu miał ów bezradny wyraz twarzy, który znała tak dobrze.
— Może będziemy wołać? — zapytała z uśmiechem. — Może będziemy znowu wołać... jak dawniej, kiedy byliśmy jeszcze dziećmi?
Ale Bambi szedł dalej. Tylko kilka kroków. W tej chwili ujrzał ciotkę Enę. Położyła się już do wypoczynku południowego i leżała cicho w cieniu leszczyny, bardzo blisko nich.