Kilka razy musieli przechodzić przez wielkie polany. Zauważyli, że Gobo nie zatrzymał się nigdy na skraju gęstwiny, że nigdy nie rozglądał się ani przez chwilę badawczo, zanim wyszedł z gąszczu, lecz po prostu wybiegał bez jakichkolwiek środków ostrożności. Bambi i Falina wymieniali zdumione spojrzenia, ilekroć się to działo. Ale nie mówili ani słowa i z lekkim wahaniem szli za Gobem.

Długo musieli tak chodzić na wszystkie strony i szukać.

Nagle Gobo rozpoznał drogi swego dzieciństwa. Był wzruszony. Nie zastanawiając się nad tym, że Bambi i Falina prowadzili go przecież, odwrócił się do nich i zawołał:

— Widzicie, jak świetnie odnalazłem drogę aż tutaj?

Bambi i Falina nie odpowiedzieli. Znowu spojrzeli na siebie nawzajem.

Wkrótce potem przybyli do małej izdebki z liści.

— Tutaj! — zawołała Falina, wbiegając do izby.

Gobo skierował się za nią i przystanął.

Była to owa izba z liści, w której oboje przyszli na świat, w której jako małe dzieci mieszkali z matką.

Gobo i Falina spojrzeli sobie z bliska w oczy. Nie powiedzieli ani słowa. Falina cicho ucałowała brata w usta. Potem pobiegli dalej.