Był z tego bardzo dumny.

— ...teraz nie mam już najmniejszej potrzeby bać się ich, gdyż jestem z nimi zaprzyjaźniony. Mimo to kiedy się zaczynają wściekać, kręci mi się w głowie, a serce drętwieje mi zupełnie. Nie zawsze co prawda mają złe zamiary, a przy tym, jak powiedziałem, jestem przecież ich przyjacielem... ale głos ich posiada jednak przeraźliwą moc.

Gobo zamilkł.

— Dalej! — nalegała Falina.

Gobo spojrzał na nią.

— Otóż... psy byłyby mnie poszarpały... ale wtedy nadszedł ON!

Gobo zrobił pauzę. Słuchacze nie śmieli oddychać.

— Tak — powiedział Gobo. — Wtedy nadszedł ON! Odwołał psy, które ucichły natychmiast. Krzyknął na nie jeszcze raz, a one bez ruchu legły u JEGO stóp na ziemi. Potem mnie podniósł. Krzyczałem. Ale ON mnie pogłaskał. Łagodnie przycisnął mnie do siebie, nie zadając mi bólu. A potem niósł mnie...

Falina przerwała mu:

— Co to znaczy „nieść”?...