Nie było tu ani kawałeczka wolnej ziemi, jak tam w lesie. Źdźbło przy źdźble tłoczyło się w każdym miejscu, wyginając się i prężąc w bujnym rozkwicie, łagodnie uchylało się w bok pod każdym krokiem i pojednawczo podnosiło się zaraz znowu do góry. Rozległa, zielona płaszczyzna usiana była białymi stokrotkami, fioletowymi i czerwonawymi grubymi główkami kwitnącej koniczyny i połyskującymi strojnie, złotymi gałkami, jakie wznosiły w górę kaczeńce.
— Spójrz no, mamo — zawołał Bambi — tam fruwa kwiat.
— To nie kwiat — odpowiedziała matka — to motyl.
Bambi z zachwytem przyglądał się motylowi, który niewypowiedzianie delikatnie oderwał się od źdźbła trawy i uleciał oszałamiającym lotem. Teraz dopiero zauważył Bambi, że w powietrzu nad łąką unosiło się wiele takich motyli, na pozór z pośpiechem, a jednak powoli, wznosząc się i opadając, w zabawie, która wprawiała go w zachwyt.
Istotnie wyglądało to, jakby to były fruwające kwiaty, wesołe kwiaty, które nie mogły usiedzieć na łodygach i oderwały się, aby trochę potańczyć. Albo kwiaty, które zeszły wraz ze słońcem, nie miały jeszcze miejsca i szukały go kapryśnie, opuszczając się, znikając na chwilę, jakby się już gdzieś ulokowały, ale za chwilę wznosząc się znowu w górę, to trochę tylko, to wyżej, aby szukać dalej, ciągle dalej, gdyż najlepsze miejsca były już zajęte.
Bambi spoglądał za nimi wszystkimi. Chętnie przyjrzałby się któremuś z nich z bliska, chętnie obejrzałby sobie któregoś zupełnie dokładnie, ale nie udawało mu się. Ciągle mieszały się ze sobą. Aż mu się od tego zakręciło w głowie.
Kiedy spoglądał potem znowu przed siebie w ziemię, bawiło go całe to wielorakie, żwawe życie, które wykwitało pod jego krokami. Coś tam biegało i skakało na wszystkie strony, zjawiło się nagle niby wielki tumult i ciżba, a w następnej sekundzie znikało znowu w zielonym gruncie, z którego się wynurzyło.
— Co to jest, mamo? — pytał Bambi.
— To drobne owady — odpowiedziała matka.
— Spójrz no! — zawołał Bambi. — Tam skacze kawałek trawy. Patrz... jak wysoko skacze!