Ale lis nie mógł długo walczyć. Po kilku sekundach leżał już na grzbiecie, pokazał biały brzuch, zadygotał, rozciągnął się i umarł.

Pies wstrząsnął się jeszcze kilka razy, potem rzucił go na zdeptany śnieg, rozstawił szeroko nogi i zawołał donośnym, głębokim głosem:

— Tu! Tu! Tu jest!

Inni z przerażenia rozbiegli się na wszystkie strony.

— Okropność... — powiedział Bambi w swoim dole do starca.

— Najokropniejsze — odpowiedział starzec — jest to, że oni wszyscy wierzą w słowa psa. Wierzą w nie i spędzają całe życie w lęku, nienawidząc JEGO i siebie samych... i zabijając się dla NIEGO.

Rozdział 25

Mróz załamał się, pośrodku zimy powstała wyrwa. Ziemia piła wielkimi łykami topniejący śnieg, tak że wszędzie ukazały się już szerokie płaty nagiego gruntu. Kosy jeszcze nie śpiewały, ale kiedy podlatywały teraz z ziemi, gdzie szukały czerwi, albo kiedy przefruwały z drzewa na drzewo, rozlegał się ich przeciągły, radosny gwizd, który był już niemal jak śpiew.

Dzięcioł zaczynał się już od czasu do czasu śmiać, sroki i wrony stały się rozmowniejsze, sikory gawędziły ze sobą weselej, a bażanty, gdy zlatywały z drzew, na których spały, zatrzymywały się teraz na miejscu prawie jak za dobrych czasów, wstrząsając piórami w porannym słońcu i wydając metaliczny okrzyk, powtarzający się raz po raz w krótkich odstępach.

Takiego właśnie ranka Bambi powędrował po lesie dalej niż zwykle. O pierwszym brzasku przybył nad skraj rowu. Po drugiej stronie, tam, gdzie mieszkał niegdyś, coś się poruszyło. Bambi stał ukryty w krzakach i spoglądał w to miejsce. Tak, ktoś z jego gatunku chodził tam powoli w tę i tamtą stronę, szukając wolnych od śniegu miejsc i pochylając się nad przebijającymi się przedwcześnie trawami.