Wszyscy zbiegli się, obserwując spór z drzew albo z bezpiecznych kryjówek na ziemi. Oburzenie, które wybuchło z lisa, rozpętało i w nich wszystkich zadawnione, rozgoryczone oburzenie, a krew, rozlana na śniegu i dymiąca przed ich oczyma, wprawiała ich w szaleństwo i kazała im zapomnieć o lęku.
Pies rozejrzał się dokoła.
— Wy! — krzyknął. — Czego chcecie? Co wy wiecie? Co mówicie? Wszystko należy do NIEGO, jak ja do NIEGO należę! Ale ja... ja GO kocham, ja GO uwielbiam! Ja MU służę! Wy się buntujecie... nędznicy, przeciwko NIEMU? ON jest wszechmocny! ON jest ponad nami! Wszystko, co posiadacie, pochodzi od NIEGO! Wszystko, co tu rośnie i żyje, od NIEGO!
Pies drżał z zapału.
— Zdrajca! — krzyknęła wiewiórka.
— Tak! — syknął lis. — Zdrajca! Nikt inny, tylko ty... ty jeden!...
Pies aż podrygiwał w świętym podnieceniu.
— Ja jeden?... Kłamco! Czy nie służy MU także wielu, wielu innych?... Koń... krowa... owca... kury... spośród was wszystkich, ze wszystkich waszych rodów wielu jest u NIEGO i uwielbiają GO... i służą MU!...
— Hołota! — parsknął lis w bezgranicznej pogardzie.
Ale teraz pies nie mógł już dłużej wytrzymać i skoczył mu do gardła. Warcząc, plując, sapiąc, potoczyli się po śniegu, drgający, miotający się dziko kłębek, z którego leciały włosy, wznosił się śnieg i krew tryskała drobnymi kropelkami.