— Nie chodź za mną dalej, Bambi — zaczął spokojnym głosem. — Mój czas się skończył. Muszę sobie teraz wyszukać miejsce na koniec...

Bambi chciał mówić.

— Nie — przerwał mu starzec — nie... w godzinie, ku której idę teraz, każdy z nas jest sam. Bywaj zdrów, mój synu... kochałem cię bardzo.

Dzień letni rozżarzył się już w pierwszych godzinach porannych bez najmniejszego podmuchu wiatru, bez chłodu o świcie. Zdawało się, jakby słońce nadchodziło dzisiaj śpieszniej niż zwykle. Wzeszło szybko i buchnęło oślepiającymi płomieniami niby olbrzymia pożoga.

Rosa na łąkach i krzakach ulotniła się natychmiast. Ziemia wyschła zupełnie, a skiby jej kruszyły się. W lesie zapanowała przedwczesna cisza. Tylko tu i ówdzie słychać było śmiech dzięcioła, tylko gołębie gruchały z niezmordowaną, żarliwą czułością.

Bambi stał na ukrytej, małej polance, pozostawiającej trochę wolnego miejsca w głębokiej gęstwinie.

Nad głową jego tańczyła i śpiewała w słońcu chmara muszek.

Z liści leszczyny obok Bambiego zabrzmiało ciche brzęczenie i wielki żuk wyfrunął powoli, przeleciał poprzez chmarę muszek, wyżej i wyżej, ku wierzchołkowi drzewa, gdzie chciał spać aż do wieczora. Pokrywy jego skrzydeł odcinały się ostro i zgrabnie, jego skrzydła tryskały siłą. Chmara much rozdzieliła się, kiedy żuk torował sobie drogę, i zamknęła się za nim z powrotem. Jego ciemne, brunatne ciało, spowite drżącym migotaniem poruszających się skrzydeł, raz jeszcze zaświeciło w słońcu, zanim znikło.

— Widziałyście go?... — pytały się nawzajem muchy.

— To starzec — śpiewały jedne.