W zaroślach i w gęstwinie krzaków rozwierały się kwiaty, białe, czerwone, albo żółte gwiazdy. Na niektórych widać już było zalążki owoców, niezliczone, osadzone na cieniutkich końcach gałęzi, delikatne, a mocne; wyglądały jak małe zaciśnięte pięści.
Z gleby wykwitały barwne gwiazdy wielu i wielorakich kwiatów, tak że w mrocznym poszyciu lasu ziemia płonęła cichą, żarliwą radością barw. Wszędzie czuć było zapach świeżego listowia, kwiatów, wilgotnej gleby i zielonego drzewa.
Kiedy budził się ranek i kiedy zachodziło słońce, las rozbrzmiewał tysiącem głosów, od ranka do wieczora śpiewały pszczoły, brzęczały osy, bzykały trzmiele w pachnącej ciszy.
Takie były dni, kiedy Bambi przeżywał swoje pierwsze dzieciństwo.
Szedł za matką po wąskiej ścieżynce, biegnącej przez gęstwinę.
Jak miło było chodzić tutaj! Gęste listowie łagodnie głaskało go po bokach, zręcznie ustępując mu z drogi. Droga wydawała się ze wszystkich stron dziesięciokrotnie zagrodzona i zatarasowana, a jednak szło się naprzód zupełnie wygodnie.
Wszędzie były takie ścieżki, biegły one na przełaj przez cały las. Matka znała je wszystkie, a kiedy Bambi stawał niekiedy przed jakimiś zaroślami, niby przed nieprzebytym zielonym murem, matka zawsze bez chwili wahania lub namysłu znajdowała miejsce, gdzie utorowana była ścieżka.
Bambi pytał.
Bardzo lubił wypytywać matkę. Najpiękniejszą rzeczą było dla niego ciągle pytać i słuchać potem odpowiedzi matki. Bambi nie dziwił się wcale, że pytania za pytaniami nasuwały mu się nieustannie i bez trudu. Uważał to za rzecz zupełnie naturalną; budziło to w nim tylko zachwyt. Taki sam zachwyt budziło w nim później zaciekawione wyczekiwanie, aż nastąpi odpowiedź. Jakakolwiek byłaby ta odpowiedź, Bambi był zawsze zadowolony. Niekiedy co prawda nie mógł wcale zrozumieć odpowiedzi, ale i to było piękne, bo jeżeli chciał, mógł pytać ciągle dalej.
Czasami nie pytał dalej, a to znowu także było piękne, gdyż był wtedy zajęty wyobrażaniem sobie na swój sposób tego, czego nie zrozumiał.