Matka i Bambi przystanęli.
Wiewiórka zbiegła po gładkim pniu.
— No — zaczęła gawędzić — ...czy dobrze przetrwaliście tę sprawę? Naturalnie, widzę przecież, że wszystko jest w najlepszym porządku. A to jest ostatecznie najważniejsze.
Z błyskawiczną szybkością wbiegła znowu z powrotem po pniu, mówiąc przy tym.
— Nie, tam na dole jest mi jednak za wilgotno. Zaczekajcie, poszukam sobie miejsca, gdzie jest lepiej. Mam nadzieję, że wam to nie przeszkadza? Dziękuję bardzo! Od razu sobie pomyślałam, że wam to na pewno nie przeszkadza. A przecież i stąd można wygodnie rozmawiać.
Biegła tam i z powrotem po prostej gałęzi.
— To dopiero porządki — ciągnęła. — Cóż to był za hałas, cóż to był za skandal! No, możecie sobie wyobrazić, jak się przestraszyłam. Wcisnęłam się cichutko w jakiś kącik i nie śmiałam się poruszyć. Najgorsze jest siedzieć tak i nie ruszać się. Ma się przecież nadzieję, że nic się nie stanie, no, a moje drzewo jest w takich wypadkach znakomite... nie, nic się tu nie może stać, moje drzewo jest znakomite... to muszę przyznać. Jestem zadowolona. Choćbym nie wiedzieć jak daleko biegała dokoła, nie pragnę innego drzewa. Ale kiedy przychodzi taka burza jak dzisiaj, jest się jednak okropnie zdenerwowaną.
Wiewiórka siedziała na gałęzi, oparta o swój piękny, sterczący ogon, pokazywała białą pierś i uczuciowo przyciskała obie przednie łapki do serca. Nietrudno było uwierzyć, że się zdenerwowała.
— Idziemy teraz na łąkę — powiedziała matka — żeby się osuszyć na słońcu.
— O, to doskonały pomysł — zawołała wiewiórka. — Pani jest taka mądra, naprawdę, zawsze mówię, że pani jest taka mądra!