Jednym skokiem znalazła się na wyższej gałęzi.

— Nie może pani zrobić nic lepszego, jak iść teraz na łąkę — zawołała stamtąd.

Potem lekkimi skokami poczęła biegać z gałęzi na gałąź ku koronie drzewa.

— I ja pójdę wyżej, gdzie będę miała słońce — mówiła z zadowoleniem — przemokło się przecież zupełnie! Pójdę na sam wierzchołek!

Nie troszczyła się już wcale, czy się ją jeszcze słucha.

Łąka była już dość ożywiona. Przyjaciel zając siedział już, otoczony całą swoją rodziną. Ciotka Ena stała z dziećmi i z kilkoma znajomymi. Dzisiaj ujrzał też Bambi ponownie ojców. Nadchodzili powoli z lasu, jeden stąd, jeden stamtąd, nawet jakiś trzeci zjawił się także. Powoli przechadzali się skrajem lasu po łące, tam i z powrotem, każdy na swoim miejscu. Na nikogo nie zwracali uwagi, ba, nawet ze sobą nie rozmawiali.

Bambi często spoglądał w ich stronę, ze czcią i z zaciekawieniem.

Potem rozmawiał z Faliną, z Gobem i z kilkorgiem innych dzieci. Powiedział, że mogliby się trochę pobawić. Wszystkie dzieci zgodziły się natychmiast i zaczęło się bieganie w kółko.

Falina okazała się najweselsza ze wszystkich. Była tak rześka i żwawa, a coraz to wpadały jej do głowy inne pomysły. Ale Gobo szybko poczuł zmęczenie. Okropnie zląkł się przedtem burzy, dostał od tego bicia serca i trwało to jeszcze teraz. Gobo był w ogóle trochę słabowity, ale Bambi lubił go, gdyż był tak dobry i tak usłużny, i zawsze trochę smutny, chociaż nie dawał tego poznać po sobie.

Rozdział 6