Czas upływa, a Bambi uczy się, jak miły smak mają kity traw, jak delikatne są pąki liści i jak słodka koniczyna. Kiedy tuli się do matki, aby się orzeźwić mlekiem, zdarza się często, że matka odpycha go.
— Nie jesteś już małym dzieckiem — mówi.
Czasami mówi nawet po prostu:
— Idź sobie, daj mi spokój.
Zdarza się niekiedy, że w małej ich izdebce leśnej matka wstaje nagle, wstaje pośród dnia i odchodzi, nie oglądając się wcale, czy Bambi idzie za nią czy nie. Czasami też, kiedy wędrują po znajomych ścieżkach, bywa, że matka jakby nie spostrzegała wcale, czy Bambi jest za nią i grzecznie biegnie w jej tropy.
Pewnego dnia matka znikła. Bambi nie wie, jak to było możliwe, zupełnie sobie tego nie umie wytłumaczyć. Ale matki nie ma i Bambi jest po raz pierwszy sam.
Dziwi się najpierw, potem staje się niespokojny, ogarnia go lęk i trwoga, zaczyna żałośnie tęsknić. Stoi smutny bardzo i woła. Nikt nie odpowiada, nikt nie przychodzi.
Bambi nadsłuchuje, wietrzy. Nic.
Woła znowu. Cichutko, żarliwie, błagalnie woła:
— Mamo... Mamo...