Przez pewien czas panowała zupełna cisza. Potem zabrzmiał w powietrzu ostry, przenikliwy okrzyk wroni. Dochodził on z góry. Wrony obudziły się i nawzajem odwiedzały się w koronach drzew.

Natychmiast odpowiedziała sroka:

— Szakerakszak... myślicie może, że ja jeszcze śpię?

Teraz rozpoczęły się krótkie, tysiączne okrzyki, tu i tam, daleko i blisko, bardzo cicho:

— Pip! Pip! Tiu!

W głosach tych był jeszcze sen i zmrok. I właściwie były jeszcze odosobnione.

Nagle kos wzleciał na wierzchołek buku. Wzleciał aż na najwyższe gałęzie, cienkie i sterczące w powietrzu, usiadł tam wysoko w powietrzu i ponad wszystkimi drzewami spoglądał, jak znużone nocą, bladoszare niebo daleko na wschodzie rozżarzało się i ożywiało.

Potem zaczął śpiewać.

Gdy się na niego patrzyło z dołu, był tylko drobniutką, ciemną plamką. Jego małe, czarne ciałko podobne było z daleka do zwiędłego liścia. Ale jego pieśń rozbrzmiewała po lesie jak wielki okrzyk radości.

Teraz ożywiło się wszystko. Zaśpiewały zięby, rozległy się głosy pliszek i szczygłów. Z głośnym klaskaniem i łopotem skrzydeł przenosiły się gołębie z miejsca na miejsce. Bażanty pokrzykiwały, a brzmiało to, jakby im pękały gardziele. Miękki i silny był szelest ich lotek, gdy opuszczały się na ziemię z drzew, na których spędziły noc. Wielokrotnie jeszcze wydawały na ziemi metaliczne, ogłuszające okrzyki, gulgocząc potem z cicha. Wysoko w powietrzu sokoły wołały donośnie i wesoło: