— Ale... ja moich krewnych wcale nie znam... — powiedział Bambi lękliwie i tęsknie. — Nigdy o nich nie słyszałem, a dzisiaj widziałem ich po raz pierwszy.

— Niech się pan o nich nie troszczy — zawołał puszczyk. — Niech mi pan wierzy, że tak jest najlepiej. Krewni nigdy nie są tak dobrzy jak przyjaciele. Widzi pan, my dwaj wcale nie jesteśmy spokrewnieni, ale jesteśmy serdecznymi przyjaciółmi, a to jest bardzo miłe.

Bambi chciał jeszcze coś powiedzieć, ale puszczyk ciągnął:

— Mam w tych sprawach własne doświadczenia. Pan jest jeszcze młody. Niech mi pan wierzy, ja się na tym lepiej znam. Zresztą nie mam najmniejszego zamiaru wtrącać się do spraw rodzinnych.

Tak znacząco wykręcił oczy i tak dostojnie wyglądał ze swoją poważną miną, że Bambi milczał przez skromność.

Rozdział 8

Minęła inna jeszcze noc, a ranek przyniósł nowe wydarzenie.

Był to ranek przepojony rosą i świeżością, pod bezchmurnym niebem. Wszystkie liście na drzewach zaczęły nagle silniej pachnieć, wszystkie liście na krzakach. Łąka szerokimi falami wydychała woń ku wierzchołkom drzew.

— Pip! — powiedziały sikory, kiedy się przebudziły.

Powiedziały to bardzo cicho. Ale że było jeszcze tak szaro i mrocznie, chwilowo nie mówiły tego więcej.