— Ach, daj spokój — przerwał drugi.
— Nie, naprawdę — powtórzył pierwszy z zapałem — uwierzże mi nareszcie! Jesteś tak samo piękny, jak pierwszego dnia. Tu i ówdzie masz może jakąś żółtą plamkę, której nawet spostrzec niepodobna, a która cię zresztą tylko upiększa. Uwierzże mi nareszcie!
— Dziękuję ci — szepnął drugi liść wzruszony. — Nie wierzę ci... niezupełnie... ale dziękuję ci, że jesteś taki dobry... zawsze byłeś dla mnie dobry... teraz dopiero rozumiem w całej pełni, jaki byłeś dla mnie dobry...
— Milczże — powiedział pierwszy liść i sam zamilkł także, gdyż ze zmartwienia nie mógł więcej mówić.
Milczały teraz oba.
Godziny mijały.
Wilgotny wiatr, zimny i wrogi, uderzał o wierzchołki drzew.
— Ach... teraz... — powiedział drugi liść — ...ja...
W tej chwili głos jego urwał się. Łagodnie oderwał się ze swego miejsca i poszybował w dół.
Teraz była zima.