— Nie mówmy więcej o takich rzeczach — powiedział pierwszy liść.
Drugi odpowiedział:
— Nie... nie mówmy o tym... Ale... w takim razie o czym mamy mówić?...
Zamilkł, a po chwili ciągnął:
— Kto też z nas dwóch najpierw będzie musiał spaść?...
— Na to mamy jeszcze czas — ułagodził go pierwszy. — Wspominajmy teraz lepiej, jak pięknie było przedtem, jak cudownie! Kiedy zjawiało się słońce i ogrzewało nas, aż się tryskało zdrowiem. Pamiętasz jeszcze? I ta rosa w porannych godzinach... i te łagodne, wspaniałe noce...
— Teraz noce są okropne — biadał dalej drugi liść — i wcale się nie kończą.
— Nie powinniśmy się skarżyć — rzekł pierwszy łagodnie — żyliśmy dłużej niż wiele, wiele innych.
— Zmieniłem się chyba bardzo? — zapytał drugi liść nieśmiało, ale natarczywie.
— Ani trochę — zapewnił go pierwszy. — Mówisz tak pewnie dlatego, że ja stałem się taki żółty i brzydki. Nie, u mnie to coś zupełnie innego...