Bywało, że jakiś wyrostek dostał się pod klucz, o czym gdy tegoż ojciec lub opiekun się dowiedział, szedł prosto do wójta i nuże prosić, by polecił uwolnić urwisa, którego w gospodarstwie niezbędnie potrzebował. Madej wszakże nie był tak łatwo ustępliwy i odpowiadał krótko: „Niech odpokutuje, na co zasłużył”. Gdy atoli interesowany prośby ponawiał: „Wypuśćcie go, wójcie, już ja mu dam pucówkę58, a będę odtąd pilnował, by podobnego gałgaństwa więcej nie zrobił” — dał się wójt w końcu nakłonić, zlecając polowemu uwolnić z kozy wyrostka. Szedł tedy interesowany w towarzystwie polowego ku aresztowi, i kiedy polowy odmykał drzwi kaźni, gospodarz naprzeciw wyjścia stał z przygotowanym powrozem, którym wychodzącemu z kozy urwisowi moralność na plecach wykładał.
Pamiętam, gdy pewnego razu do naszego mieszkania, jako kancelarii, gdzie oprócz licznych sąsiadów był także obecny wójt Madej z kilkoma członkami zwierzchności gminnej, dwaj polowi przyprowadzili jednego z miejscowych gospodarzy, bezpośredniego sąsiada Madeja, Michała Skrzypka; który lubił zbyt często się upijać, a kiedy napomnienia wójta i zwykłe kary nie odnosiły skutku, a nawet skrzypek począł maltretować żonę, rozkazał Madej skuć mu kajdankami ręce i przetrzymać dni parę w areszcie, aż żona zasądzonego poczęła w końcu prosić za mężem — i oto właśnie prosto z aresztu tutaj go przyprowadzono. Przestąpiwszy próg, pochwalił Skrzypek przykładnie Pana Boga, wysłuchał w pokorze karceń i upomnień, w których Madej przedstawiał winowajcy zgubne skutki pijaństwa, przyrzekł poprawę, a płacząc jak dziecko, padł na kolana, skute łańcuszkami ręce wzniósł ku wiszącym na ścianach obrazom świętym, i tak się czołgał na klęczkach, a poprawę w dalszym ciągu przyrzekał, aż Madej zdjął mu z rąk łańcuszki. Wtedy Skrzypek ujął go za nogi i ucałował mu rękę, a następnie wszystkim zgromadzonym mimo wahań z ich strony to samo uczynił.
Odznaczał się przy tym Madej wielką prawością charakteru i zacnością serca, czego przykładem następujące zdarzenie. W sam dzień nowego 1875 czy 1876 roku spowodowany ważnym interesem udał się Madej do Tarnobrzegu, zaopatrzywszy się poprzednio w placek, który w torbie skórzanej umieścił. Przypadek zrządził, że ktoś mu ten placek z torby wyciągnął. Wróciwszy późnym wieczorem do domu, żalił się, że głodny, gdyż od rana nic w ustach nie miał. Ktoś z domowników zwrócił mu uwagę, że przecież placek na drogę z sobą wziął. Madej zaś na to: „Prawda, lecz jakiś dobry człowiek wyjął mi go z torby; zresztą jestem już w domu, to się posilę, a on może nic więcej prócz tego placka nie miał do jedzenia”. Słysząc to, ojciec mój wtrącił: „A bodaj się nim udławił”. Lecz Madej skarcił ojca za to wyrażenie, mówiąc: „Dobrze zrobił, że wziął, bo musiał być głodny — niech mu wyjdzie na zdrowie”.
I mimo tylu wybitnych zalet nie był Madej wolnym od przesądów i wierzył znachorom, czego dowodem następujący mały obrazek. Służył u Madeja dorosły parobek, nazwiskiem Adam Kulig. Otóż od pewnego czasu cierpiał on bóle w nodze, co czyniło go niezdolnym do pracy. Chcąc parobka wyleczyć, posłał Madej po znachorkę, w miejscowej wsi zamieszkałą. Znachorka, baba niestara i dobrze wyglądająca, rozkazała Adamowi położyć się na wznak na środku izby z rozkrzyżowanymi rękami. I kiedy ten zastosował się do jej żądań, baba rozpoczęła dokoła chorego wędrówkę, nadeptując mu za każdym okrążeniem bolącą nogę. Chory jęczał, wył, wrzeszczał rozdzierającym głosem: „O! loboga!...” „Swocyku59, ratujcie mnie!” błagał, zwracając wykrzywioną bólem twarz ku memu ojcu — ale nadaremnie; nikogo nie wzruszył, na twarzy przypatrujących się tej dziwnej operacji domowników osiadła zimna, flegmatyczna obojętność, jak gdyby się działa rzecz najzwyklejsza w świecie. Musiał więc biedak wytrzymać, dopóki mu baba kilkakrotnie nogi nie przydeptała. Rzecz prosta, że ten sposób „leczenia” nie tylko, że zdrowia choremu nie wrócił, ale zrobił go kaleką na całe życie.
Podobnego rodzaju praktyki uprawiane były we wsi na dużą skalę i nic dziwnego, skoro ani taki Madej, ani nawet ojciec mój stronić od znachorów nie umieli.
Jakkolwiek nie jest moim zamiarem opisywać praktyki znachorów, nie chciałbym pominąć milczeniem jednego komicznego wypadku, jaki miał miejsce parędziesiąt lat później w Koćmierzowie, niedużej wsi nad Wisłą, tuż obok Wielowsi. Jedna z gospodyń ze wspomnianej wsi, znana powszechnie pod imieniem Baśki, trudniła się dorywczo udzielaniem porad i pomocy lekarskich nieszczęśliwym bliźnim. Do tej to Baśki przywędrował raz z oddalonej wsi jakiś chłopina po pomoc w chorobie. Po wysłuchaniu żalów pacjenta wtoczyła Baśka dużą beczkę, w której następnie ułożyła rozpaloną cegłę, polecając gościowi swemu, by zupełnie rozebrany wlazł do tej osobliwej superatki60 celem okadzenia się. I kiedy chłop przykucnął w beczce nad rozpaloną cegłą, Baśka nachyliwszy się, polała ów rozpalony przedmiot... spirytusem. I tu stała się rzecz nieoczekiwana. Pod rozkraczonym chorym w tymże samym momencie buchnął płomień, w następstwie czego, niby ogromna kula z ogromnej paszczy armatniej, wystrzelił się chłop z beczki, i kiedy Baśka — widno61 przez skromność — uciekła za drzwi, on żwawo wdział na siebie bieliznę, dopełnił szybko garderoby i z młodzieńczą rześkością pognał prosto do domu.
Ten to naprawdę został wykurowany!
II
Szkółka w Sobowie. Ostatni lirnicy. Utrata słuchu.
W życiu mego ojca zdarzało się — o czym już na początku wspomniałem — że od czasu do czasu, na krócej czy dłużej, znalazł się bez zajęcia. Wtedy najmował się sąsiadom do młocki czy innej roboty w polu, za zwykłym dziennym wynagrodzeniem. W porze zaś zimowej, gdy o jakąkolwiek robotę poza domem było trudno, siedząc w domu, dłubał, oprawiając ludziom święte obrazki w tekturę za szkło, którą to sztukę przyswoił sobie w dawniejszych latach. Była to dłubanina żmudna, dużo cierpliwości wymagająca, ale rzecz sama wykonana bardzo ładnie. Sąsiedzi lubili taką oprawę obrazków, toteż i roboty ojcu w tym przypadku nie brakowało. Zarobek wszakże w ten sposób uzyskany był znikomo mały, gdyż za cały tydzień skrzętnej dłubaniny zdołał ojciec zarobić zaledwie 50–80 centów62. Poza tym znał ojciec także sztukę introligatorstwa, dającą cokolwiek większy zarobek, zawsze jednak marny, toteż wynagrodzenie w pieniądzach rzadko kiedy brał, zadowalając się zapłatą w naturze.