Po należytym wykuciu kotłów zabieraliśmy się dopiero do usuwania popiołu ze znajdujących się pod kotłami próżni. Zaopatrzywszy się w małe, drewniane łopatki, coś w rodzaju kijanki, jakich praczki na wsi używają, wciskaliśmy się najwyżej w czterech, jeden po drugim, do tych swego rodzaju katakumb, których wysokość zaledwie leżeć nam dozwalała. Do czynności tej nie rozbieraliśmy się prócz zdjęcia z nóg obuwia, chropawość bowiem muru na spodzie i po bokach, a nad nami żelazo lutowanego w metrowych odstępach kotła, nadto miejscami żużle szkła, silnym gorącem z popiołu wytworzone, groziły pokaleczeniem, a prócz tego wszystkiego trudno stygnące, gorące mury popielników. Częstokroć tak parzyły, że tylko leżąc na grubej warstwie popiołu, można było w tych piekielnych norach z wielką biedą wytrzymać. Pracę mogliśmy wykonywać, tylko czołgając się na brzuchu.
I pomimo takiej mordowni nie traciliśmy animuszu. Gdy nam gorącość pieca i zmęczenie zanadto dokuczyło, czołgaliśmy się naprzód ku szybrowi, gdzie był dół, w którym swobodnie można się było poruszać, a temperatura była znośniejsza. Tu już nikt podpatrzeć nas nie mógł. Wydobywszy zatem zabrane z domu karty, wynagradzaliśmy sobie trudy graniem w „durnia”. Najczęściej jednak urządzaliśmy w jamie takiej — szkołę, w której ja zajmowałem poczesne stanowisko bakałarza82... Usadowiwszy się odpowiednio, przed oczyma towarzyszów kreśliłem na cienkiej, równej warstwie popiołu pojedyncze litery alfabetu, potem sylaby, później zaś wyrazy, które przygodni uczniowie moi uczyli się rozeznawać, odczytywać, a w końcu przepisywać — naturalnie palcem lub gwoździem na warstwie popiołu. To znów opowiadałem rówieśnikom różne z książek wyczytane historie, którym się oni z prawdziwym skupieniem ducha przysłuchiwali. Nieraz tej oryginalnej szkole oddawaliśmy się z takim przejęciem, że aniśmy się spostrzegli, jak szybko czas upływał, i dopiero nadzorca nasz — który, mówiąc nawiasem, do naszego pieca nigdy się nie wczołgał, główną zaś czynność swą sprawował przy doglądaniu temperatury pary — zauważywszy, że za długo nie pokazujemy się, podnosił nieznacznie szyber... Wtedy gwałtowny ciąg powietrza momentalnie gasił nam kaganki i zasypywał nas tumanem popiołu. Za czym razem zrywaliśmy się, a zamykając oczy i zatykając dłonią, nos i usta, czołgaliśmy się na wierzch, gdzie otrzepawszy z siebie popiół, szliśmy, wyglądający jak nieboskie stworzenia, do domu, przedstawiając swym zamorusaniem ciekawe widowisko. Trzymając z konieczności podczas pracy w popiele usta zamknięte, oddychaliśmy jedynie nosem, pod którym ciepły oddech, kropiąc się, przyczyniał się do łatwiejszego osiadania kopciu z lampy i kurzu, toteż przechodnie pokpiwali z nas, mówiąc, że „czarna krew” z nosa nam ciecze.
Przyszedłszy do domu i spożywszy naprędce skromną jak zawsze wieczerzę, klękałem do pacierza, po czym rozebrawszy się, bezwładnie niby kloc upadałem na pościel i zaraz zasypiałem, by znów o czwartej do dnia wstawać i ruszać do fabryki do dalszej pracy.
W międzyczasie przeprowadziliśmy się z opisanych poprzednio baraków do wygodniejszego mieszkania w kamienicy na piętrze. Mieszkanie to zajmował jeszcze lokaj dyrektora fabryki, Wojciech D., człowiek z niepoślednim wyszkoleniem, dość młody i przystojny, wraz z nadobną żoną. Poróżniwszy się z dyrektorem, utracił służbę i zmuszony był oglądnąć się za nową posadą; tymczasem mógł jeszcze zostać kilkanaście dni w dotychczasowym mieszkaniu.
Mieszkanie to składało się z jednej, ładnej zresztą stancji, spiżarki i sionki, w której to ostatniej ubikacji trzymano wiaderko z wodą do picia i parę kuchennych sprzętów. Przy przeprowadzce do tego nowego mieszkania nie byłem obecny, w fabryce pracując. Przyszedłszy późnym wieczorem z fabryki, gdzie właśnie kułem kotły, po spożyciu wieczerzy i zmówieniu pacierza, śmiertelnie pracą znużony, położyłem się w łóżko między spoczywających w nim już obu braci.
W nocy zbudziło mnie silne pragnienie. Zszedłem więc z łóżka cichutko, by drugich nie budzić, i macając po ścianach, trafiłem do drzwi, za które wszedłszy, szukałem wody. Obmacawszy parokrotnie dokoła przy ścianach i nie znalazłszy, czegom szukał, dałem w końcu spokój i wróciwszy do stancji, odmacałem łóżko, a odrzuciwszy ze śpiących kołdrę, włażę między nich, ale ci jęli zrzuconą z nich pierzynkę nerwowo naciągać, usiłując równocześnie z łóżka mnie zrzucić. Co to ma znaczyć?... Dotykam dłonią jednej twarzy i o!... namacałem wąsy... Macam na drugą stronę — i wymacałem... wypukłe niewieście piersi... Laboga!... a dyć83 ja, kołując w komórce, straciłem świadomość kierunku i zamiast w swoje — między braci w łóżko między państwo Wojciechów wlazłem... Wyskoczyłem z tego łóżka i trafiwszy do braci, skulony z ukrytą strusim sposobem głową, w siedmiu potach przeczekałem kilka minut, po czym wstawszy jak najciszej, wciągnąłem buty na nogi, ubrałem się i na palcach, trafiwszy już do właściwej sieni, wyszedłem na dwór i pognałem do fabryki.
W następny wieczór postawił mi pan Wojciech pytanie: „Czego to Ferdynand szukał u nas w komórce i na cudzym łóżku?”...
Zajęcie moje w fabryce właściwej było już inne. Praca nie była ciężka, wymagała za to czujności. Tu, czy to przy regulowaniu temperatury przy „dyfuzorach”, czy też przy doglądaniu rezerwuarów, przeważnie przechadzałem się. Ruch, wir kół, stuk maszyn na dole, wszystko to wpływało dodatnio na usposobienie. Tu miałem możność częstszej wymiany słów i zdań z najbliższymi towarzyszami pracy.
Razu jednego najbliższy mój towarzysz w fabryce, imieniem Kostek, wspominał mi, że w dużych miastach są szkoły nawet dla głuchoniemych, w których to szkołach uczniowie uczą się rozmawiać „na migi”. Abecadła migowego mój opowiadacz nie znał, co wszakże nie przeszkodziło nam własnego pomysłu alfabet ułożyć i tegoż jeszcze dnia obaj na pamięć wyuczyliśmy się go. Odtąd wzajemne porozumiewanie się przeszło nam łatwiej: co nadto miało i tę dobrą stronę, że gdy z powodu huku i stuku w fabryce trza było rozmawiać głośno, my obaj nawet na odległość z łatwością na migi porozumiewaliśmy się. Nowy ten sposób porozumiewania zainteresował wszystkich naszych rówieśników, tym więcej, że obaj z Kostkiem mogliśmy śmiało w ich obecności różne kawały o nich sobie wykładać, czego oni nie rozumiejąc, a domyślając się tylko po naszych minach, zapragnęli koniecznie takiej na migi rozmowy od nas się nauczyć. W tym jeno84 była bieda, że większość towarzyszów nie tylko pisać, ale i czytać nie umiała. Ciekawość przecież i te trudności przemogła. Nauczył się jako tako jeden, potem drugi i trzeci, od nich zaś dalsi koledzy — i przyszło w końcu do tego, że ci chłopcy, do niedawna najmniejszego pojęcia o literach niemający, zabierali się teraz do nauki czytania i pisania, ku czemu znajomość alfabetu migowego, jaki z Kostkiem ułożyliśmy, niby czarodziejskie zaklęcie drzwi sezamu wiedzy im otwarła.
Daj Boże, by to wspomnienie dostało się do rąk dawnych moich kolegów z cukrowni zakrzowieckiej, a przynajmniej do rąk dzieci ich, które zapewne musiały od ojców słyszeć, w jaki sposób przyszli oni do przyswojenia sobie sztuki czytania i pisania. Jest to najpiękniejsze z życia mego wspomnienie, a spodziewam się, że i dla nich tak samo miłym ono będzie.