Po zupełnym zastanowieniu ruchu w fabryce i porobieniu w niej porządków chodziłem do robót w polu, gdzie czynność rozpoczynała się od roztrząśnięcia obornika, a po należytym zoraniu roli przystępowało się do sadzenia buraków. Pielęgnacja buraków, polegająca na motyczkowaniu, zasilaniu saletrą i popiołem, wreszcie parokrotnym pieleniu, wynoszeniu chwastów z bruzd, podorywaniu i na koniec usuwaniu ukazujących się wyrostków, trwała z przerwami prawie do września.
Robota w polu była dla mnie znośniejsza, tu bowiem na łonie natury i ciału rzeźwiej i duszy weselej. Do motyczkowania i pielenia szły zazwyczaj kobiety, dziewczęta i chłopaki wyrostki. Z chłopaków na wzmiankę zasługuje rówieśnik mój Pietrek Stankiewicz, do pracy chłopak nie bardzo skory, za to do figlów jedyny. Stąd to nadzorca nasz, pan Grudzień, który był wielce dla nas pobłażliwy, przydzielał Pietrka do wynoszenia z bruzd chwastów. Figle tego psotnika skrupiały się najwięcej na pracujących z nami dziewczętach. Raz na robocie oświadczył Pietrek wobec wszystkich jednej z najładniejszych dziewcząt, że kiedy tylko zechce, to ją pocałuje. „Niedoczekanie twoje — woła zaintrygowana tym nieoczekiwanym wyznaniem dziewczyna — prędzej niż ty mnie, pocałuje ciebie moja motyczka”. — „No, no — Pietrek na to — zobaczymy, czyja będzie prawda”. I zabierał się niby do roboty, schylając się i nabierając do zawieszonego na szyi płóciennego fartucha kupki chwastu, a upatrzywszy stosowną chwilę, skradał się cicho nikiej85 kot, a przyskoczywszy z tyłu do Antosi i raptownie wpół ją objąwszy, wycisnął na jej policzku gorący całus, że jeno mlasło, po czym w zajęczych susach dał drapaka. Oj, byłoż to, było wesołości a serdecznego śmiechu co niemiara! Śmialiśmy się wszyscy; śmiał się poczciwy nasz nadzorca, śmiała się sama, w tak niezwykły sposób adorowana dziewczyna, śmiał się Pietrek.
Ludność robotnicza tej naszej osady składała się z różnej narodowości i różnych stanów. Byli Rusini86 prawosławni, Niemcy protestanci, Żydzi, przeważali jednak Polacy, a między nimi trafiało się wielu z wyższym wykształceniem, a wśród nich pewien szlachcic, niejaki Kochański, który straciwszy całe swe mienie, a nie chcąc żebrać jałmużny u familii, pracował wraz z nami jako zwykły robotnik, przez wszystkich lubiany.
Było tu także kilkoro ludzi z Małopolski, a między nimi Jan Krempa z powiatu mieleckiego, serdecznie z nami zażyły. Mimo że był analfabetą, odznaczał się Krempa bystrym na sprawy poglądem, a poza tym żywym temperamentem. Ten temperament i stąd częstokroć poza zwykłą miarę posunięta śmiałość sprawiły, że musiał się z osady fabrycznej wyprowadzić. A było to tak: Chodził Krempa do pobliskiego, własnością fabryki będącego lasku, gdzie wykopywał pojedyncze pniaki po ściętych sosnach, rąbał je i w sągi87 układał. Była to praca żmudna i niełatwą było rzeczą każdy odłam pniaka na pomniejsze części rozrąbać. Toteż gdy jeden z lustrujących robotę starszych urzędników zauważył zbyt grube w półsągach ułożone kawałki, zbeształ słownie Krempę, oświadczając w dodatku, że za tak niewłaściwie wykonaną robotę zapłaci rubla kary. Poirytowany tym Krempa rzucił urzędnikowi prosto w twarz słowami: „Rubla kary, psiakrew, zapłacę, a za drugiego kupię pistolet i palnę ci w łeb”... Tym się biedak pozbawił i zajęcia i bezpłatnego mieszkania w osadzie fabrycznej i przeprowadził się do przyległej wsi.
W tej osadzie fabrycznej łatwiej już było o książki, ma się rozumieć, „legalne”. Dostał mi się raz do rąk Bajarz polski88. Co to za śliczna, a dla mnie wówczas wprost nieoceniona książka! Pełna dziwów, „jakich ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało”. A lubo były to tylko baśnie, przecież o tendencji szlachetnej, pouczające, że każdy dobry uczynek i poświęcenie nagrody sowitej w tym jeszcze życiu się doczeka. Z tego to Bajarza najwięcej czerpałem materiał do opowieści nie tylko dla rówieśników, ale i dla starszych towarzyszów pracy. Bywało, że znajdę się w ich gronie, wtedy oni z prośbą: „Gadaj przepowiadkę!”. I słuchali tych opowieści z roziskrzonym okiem, a od czasu do czasu wyrywały się z ust słuchaczów moich uwagi, że „doprawdy warto nauczyć się czytać”.
Na skraju należących wówczas do fabryki pól, gdzieśmy zazwyczaj w każde lato pracowali, tuż przy samej drodze do Majdanu prowadzącej, po prawej stronie, w miejscu, gdzie bierze swój początek przerzynający te pola zadrzewiony wądół89, zainteresowały mnie dwa małe drewniane krzyżyki, na podłużnym kopczyku postawione. Na krzyżykach tych prócz wyciętej liczby 1863 żadnego napisu nie było. Ponieważ podobne krzyżyki i gdzie indziej spotykałem, zaciekawiony, zapytałem raz Kostka — który, jak i jego rodzice, prawosławną wyznawał wiarę — co by te liczby oznaczały, na co tenże krótko odpowiedział: „Od powstania”.
— Od powstania... a co to znaczy powstanie?
— Wojna.
— Wojna? A z kim?
— Ze zbójami, których tu wtedy dużo było.