— Ze zbójami? — wypytuję coraz bardziej tą niezwykłą opowieścią zaciekawiony.

— Tak, ze zbójami. Polaki były zbóje.

— Polaki zbóje!? — „Aha — myślę sobie — przeciem cię złapał!”

Później dowiedziałem się skądinąd tyle tylko, że krzyże owe postawiono ku pamiątce tych, którzy w walce z Moskalami o wolność Polski na tym miejscu polegli.

Jakkolwiek cała zasłyszana o owych krzyżach historia była wówczas dla mnie niewyraźna, mglista, przecież w mym sercu zbudził się od razu jakiś pietyzm dla tych kurhanów. Ludzie, idąc drogą, mijali te krzyżyki obojętnie, tak jak gdyby żadnego znaku tu nie było. Ja jednakże kiedy się tylko ku owej mogiłce zbliżałem, oczy mimowolnie ku niej zwracałem i głowę odkrywałem. Pewnego ranka po nocy burzliwej, mając kurhanek ten mijać, zauważyłem ze smutkiem, że jeden z krzyżyków leżał złamany. Następnego dnia, idąc tą samą drogą, ujrzałem ku wielkiej swej radości na miejscu złamanego stojący nowiutki krzyżyk, a na nim cyfra 1863. „Chwała Bogu — pomyślałem — biją jeszcze serca życzliwe dla tych poległych”.

IV

U znachora. Pielgrzymka do Bychawy. Śmierć dziadka Łukasza. Przeprowadzka pod Bełżyce. Na karczowisku. Nazad do Zakrzówka. Z Zakrzówka pod Chełm. Praca w lesie. W hucie szkła. Pożegnanie Chełmszczyzny.

Stosunek między mną a licznymi kolegami z fabryki był szczerze przyjacielski i nieraz tak oni, jako też i ich ojcowie użalali się nad kalectwem moim; ja zaś, ciągle przez ojca nadzieją pocieszany, wierzyłem święcie, że los mój wkrótce się odmieni. Toteż pewnego lutowego dnia ucieszyłem się, usłyszawszy od starszego brata, że jutro przede dniem pojedziemy wraz z ojcem do pewnego sławnego doktora w okolicy, co „leczy wszelkie choroby”.

Nazajutrz wstaliśmy do dnia, a spożywszy wcześnie przez matkę przygotowane śniadanie i ciepło się ubrawszy, oczekiwaliśmy na konie i sanki. Jakoż wkrótce przed nasze mieszkanie zajechał dobrze znajomy obywatel z Zakrzówka, Hamerski, kowal z zawodu. Wzięliśmy więc przygotowane na drogę węzełki z chlebem, ojciec zaś sporą flachę wódki, bez którego to specjału sławny ów lekarz, jak mnie brat objaśnił, wizyt nie przyjmuje — i w imię Boże, w drogę!

Jak zwała się wieś, do której jechaliśmy, w którym kierunku i jak daleko leżała, i wreszcie jak się nazywał ów cudowny doktor, tego wszystkiego niestety nie powiedziano mi; dość będzie nadmienić, że wyjechawszy z domu przede dniem, do celu naszej podróży przyjechaliśmy dopiero przed samym zmierzchem. Zajechawszy przed rezydencję doktora, niemile uderzony zostałem widokiem jej obskurności i zaniedbania. Była to najpodlejsza stara, szczupła wiejska chata.