Wszedłszy do izby, zostaliśmy naszego jegomościa, w wieku około 50 lat, usadowionego na ławie plecyma do ciepłego pieca; połowica zaś jego, siedząc na krawędzi niedbale zaścielonego łóżka, zajęta była czynnością łatania starego mężowskiego kożucha. Ubiór gospodarza stanowiła brudna, sznurkiem pod brodą spięta koszula, zza której niedyskretnie wyglądały kosmate piersi, i z takiegoż materiału portasy. Wzrost niski, krępy, tusza dobra, czupryna bujna, na której gęsto osiadły puch kazał się domyślać, że grzebień jest jej posiadaczowi nieznany. Twarz rozlana, nieco obrzękła i ogórkowego kształtu, o fioletowym zabarwieniu nos mówiły dobitnie o wstręcie owego eskulapa90 do pracy fizycznej, a pociągu do kieliszka.

Na nasze przybycie i pochwalenie Pana Boga gospodarz ani myślał zmienić wygodnej dla siebie pozy przy piecu, a tylko odpowiedział „Na wieki”. A kiedy ojciec przedstawił mu cel naszego przybycia, które poprzedziła głośna na okolicę sława jego, on, nie ruszając się nawet, odpowiedział tylko: „To się wie, to się wie!”. Dopiero ukazanie się na stole wydobytej przez ojca flaszki obojgu gospodarstwu roziskrzyło oczy. Poszła kolejka, do której rzecz prosta ja z bratem nie należałem, potem druga. Gospodarz stał się rozmowniejszym i jął wypytywać o miejsce naszego zamieszkania i zajęcie, wreszcie o chorobę i jej przebieg, na co otrzymawszy potrzebne wyjaśnienia, przystąpił do swych doktorskich czynności, zaczynając ode mnie. Skinąwszy, bym usiadł na podsuniętym stołku, dał mi w rękę zapaloną gromnicę i kazał się przeżegnać. Przeżegnałem się i nie dlatego, że tak znachor chciał, lecz żeby wyjednać dla siebie opiekę opatrzności, gdyż całe to niezwykłe zachowanie się owczarza poczęło mnie z równowagi wyprowadzać — a przeżegnałem się tak głośno i tak nabożnie, aże u wszystkich obecnych wywołało to głośną uwagę, naturalnie na korzyść „doktora”.

Rozpoczął się eksperyment. Znachor, włożywszy mi do uszu końce swych obu wskazujących obleśnych palców, z lekka je naciskał; potem odjąwszy je, przycisnął do uszu moich grube swoje wargi i chuchał, szeptał, potem krzyczał w nie, sprawiając mi tym nieznośne w uszach łaskotanie, wreszcie obnażywszy mi pierś, uszy swe do niej przykładał i niby słuchał jakiegoś tajemniczego głosu, naciskając mi ponownie grubymi paluchami otwory uszne, podczas której to ceremonii zbierała mnie, oj! zbierała ochota skierować płomień trzymanej świecy do rozczochranych kudłów na łbie kuglarza.

Załatwiwszy się w ten sposób ze mną, przystąpił znachor do zbadania brata, po czym wydał swą opinię i przepisał ustne recepty. Mnie mianowicie przepowiedział powrót do zdrowia za lat cztery, a polecił, by mi przez ten czas kładziono w uszy mózg zajęczy; włosy zaś miałem koniecznie nosić długie, na ramiona spływające, a to gwoli utrzymania w cieple tak głowy, jako też uszu... Jaką receptę dał bratu, tego już nie pomnę.

I tu przyznać znachorowi trzeba, że urządził cię bardzo sprytnie i dowcipnie. Po wybadaniu bowiem, jakiemu zajęciu się oddaję, wiedział już doskonale, że noszenie aż na ramiona spływających włosów przez tak długi czas będzie dla mnie ze względu na sposób mych zajęć w fabryce wprost niemożliwe. Znachor zaś w danym razie łatwo się wykręci, że dlatego przepowiednia jego nie sprawdziła się, iżeśmy się do udzielonych przezeń rad ściśle nie zastosowali, za czym i doktorska jego sława nic nie ucierpi.

Innym razem (jeszcze przed opisaną co dopiero historią ze znachorem) wzięła mnie z sobą pobożna moja matka za gromadką kobiet do oddalonego dwie mile91 miasteczka Bychawy, poza którym to miastem na polu miało mieć miejsce według miejscowej legendy objawienie się Matki Boskiej na jednym z krzyżów i cudowne uzdrowienie jakiegoś pana.

Stanąwszy u celu, wpadła mi przede wszystkim w oczy niezliczona ilość płytkich podłużnych dołków, a poza tym całe legiony przekupniów i włóczęgów, przez którą to ciżbę ledwie przecisnęliśmy się. Oprócz dwu zwykłych, drewnianych dużych krzyżów nie było nic więcej takiego, co by o świętości miejsca wyraźnie świadczyło.

Upatrzywszy stosowne miejsce, wybrała matka łopatą podobny innym dołek, a poleciwszy mi legnąć na ziemi i ułożyć w dołku głowę, przykryła mi ją odkopaną z wierzchu darnią i czekaliśmy cudu. Lecz trudno. Łaskę Niebios nie w taki sposób się zjednywa, tym bardziej jeśli obok wiary w cuda Boże tak samo dobrze pokłada się wiarę w nadprzyrodzoną moc sprytnych oszustów, jak w opisanej ze znachorem sprawie, a z pielgrzymek takich zbierają obfite żniwo jedynie falangi92 próżniaczych przekupniów i czeredy wałęsających się tam różnych podejrzanych indywiduów.

Wszystkie te niefortunne zabiegi za przywróceniem mi zdrowia miały poza stratą grosza jeszcze i tę, może najbardziej ujemną stronę, że niweczyły we mnie wiarę w odzyskanie kiedykolwiek słuchu.

W kwietniu 1883 r. przyniosła nam poczta list od stryja Walentego z Wielowsi z wezwaniem, by ojciec „prędko przybywał do łoża umierającego ojca”. Rodzice natychmiast wybrali się w dziesięćmilową podróż, którą dla braku wówczas drogi żelaznej przebyć musieli pieszo. Do Wielowsi przybyli, niestety, za późno — już po pogrzebie dziadka Łukasza. Zmarł on 14 kwietnia 1883 r. w 65 roku życia, na zapalenie płuc. Osierocił troje drobnych dzieci z drugiej żony, której część posiadłości na Kępie testamentem wydzielił. Połowę tej posiadłości otrzymał stryj Walenty, stryj Franciszek dostał położoną nieco dalej morgę pola, ojcu natomiast, który przy skonaniu dziadka nie był, nie dostało się nic.