Coś w cztery lata pobytu naszego w Zakrzówku fabrycznym, ojciec dał się lekkomyślnie namówić przygodnemu faktorowi93 do przeprowadzenia się w pobliże Bełżyc, gdzie według zapewnień tegoż faktora mieliśmy znaleźć byt znośny. Przeprowadzka nastąpiła u schyłku zimy, zdaje się 1885 roku. Dom, w którym zamieszkaliśmy, własność miejscowego dworu, stał na uboczu i służył na mieszkanie trzem rodzinom. W jednej izbie, sienią oddzielonej, mieszkał ów faktor z rodziną, w przeciwnej izbie mieszkała rodzina druga, alkierz zaś, do którego wchodziło się przez tę drugą izbę, mający jedno tylko okno w ścianie tylnej od pola, nam na mieszkanie służył.

Zajęciem naszym miała tu być samodzielna uprawa buraków cukrowych, na mającej się nam wydzielić cztero- czy pięciomorgowej przestrzeni pola dworskiego, wynagrodzenie zaś, jakie otrzymać mieliśmy, zależnym było od wyprodukowanej ilości buraków. Oprócz tego opał i ordynaria94. Na krótko po sprowadzeniu się tu ojciec, rozpatrzywszy się bliżej w położeniu, poznał poniewczasie, iż zostaliśmy haniebnie okłamani przez faktora, który działał tu jedynie we własnym interesie. Postanowił zatem ojciec, że przeniesiemy się nazad do Zakrzówka, dokąd też niebawem udał się celem uzyskania zezwolenia zarządu cukrowni na ponowne zamieszkanie w tejże osadzie, zabrawszy z sobą brata mego, Jasia.

Wspomniany dwór pod Bełżycami posiadał kilkadziesiąt morgów karczunku, z którego drzewo uprzątnięto. Na tej to nowinie odmierzano morgowe działki, które między potrzebujących pracy rozdzielano do skopania, płacąc za skopanie jednej morgi 25 rubli. I my też wzięliśmy do skopania jedną morgę. Podczas nieobecności ojca i Jasia, kiedy śniegi stopniały i ziemia obeschła, z matką i młodszym bratem, Frankiem, który do cięższej pracy nie był jeszcze zdolny, chodziłem na naszą działkę, którą kopać można było jedynie ciężkimi, szerokimi motykami. Mnogość pniaków i korzenia, wreszcie kosodrzewina i inne krzaki czyniły pracę nad wyraz trudną i rychło przekonaliśmy się, że dwie pary słabych rąk niewiele tu dokażą. Dłonie nam popękały, na koniec poczęły krwawić i w końcu puchnąć, a całe ręce omdlewały.

Siedząc raz w domu, zauważyłem, jak matka skrzynię, w której bieliznę i lepsze ubranie przechowywała, przy pomocy kija przymierzała do okna. Na moje zapytanie, co robi, wzruszyła tylko ramionami. Pewnego, późnego już, a ciemnego wieczora, gdy zdawało się, że sąsiedzi nasi już śpią, rozległo się za naszym oknem pukanie; zwróciwszy za matką oczy w tę stronę — ujrzałem ojca, dającego ciche znaki. Mnie i Frankowi ubierać się matka kazała. Od razu zrozumiałem wszystko: mieliśmy stąd cichaczem uciekać, oknem sprzęty wynosząc, i dlatego to matka skrzynię do okna przymierzała, by się przekonać, czy przejdzie. Krok ten niezwykły tym się zaś tłumaczył, że do jawnego wyprowadzenia się dziedzic nie dopuściłby, mając do ojca pretensje za przewiezienie nas tu swymi końmi, za zużyty opał, mieszkanie, a nad tym wszystkim moralne zobowiązanie ojca do przyjęcia pracy, a których to pretensji, jakkolwiek w rachunku wynosiły tylko kilka rubli, ojciec na razie zaspokoić nie mógł.

Zbieraliśmy więc graty i dostawiali do okna, skąd ojciec je odbierał i za ścianą stawiał; po czym wydostawszy się oknem na dwór, wynosiliśmy ten dobytek na pole, gdzie już oczekiwały wynajęte konie i wóz, na który furman sprzęty ładował. Już w początku tej czynności poczęło mi serce bić gwałtownie, przejęła mnie bowiem obawa, że szmer i i stuk pobudzi sąsiadów, a wtedy cały zamiar spełznie na niczym. Aby się to przedsięwzięcie udało, konieczny był ku temu mistrzowsko złodziejski spryt.

Jakoż obawy mnie nie zawiodły. Może w pół godziny po zjawieniu się ojca w mroku nocy zamigotało w oddali światełko i szybko ku nam się przybliżało, a za chwilę stanęły przy nas trzy sylwetki, w których rozpoznałem: ekonoma, współmieszkańca spoza drzwi i wreszcie sąsiada-faktora. Tu nastąpiła scena sprzeczki i kłótni, podczas której drżałem na myśl możliwej bitki, do czego jednak na szczęście tamci przez respekt dla siły fizycznej mego ojca najmniejszej ochoty nie mieli. Za czym ekonom, zadowoliwszy się pozostawionym mu fantem95, dał nam spokój. Zabrawszy więc, co się dało, ruszyliśmy nocą w drogę do Zakrzówka, gdzie też za kilkanaście godzin szczęśliwie i z prawdziwą ulgą stanęliśmy.

Już w styczniu, zdaje się 1886 roku, ruch cukrowni w Zakrzówku został całkowicie wstrzymany, fabryka zaś miała ulec zamknięciu na czas nieograniczony, powodem czego była zła administracja, a w następstwie tego próżna kasa. A ponieważ żyliśmy jak zawsze z dnia na dzień, brak zatem zarobku, chociażby przez krótki tylko czas, mógł nam odjąć środki do życia. Trzeba więc było pomyśleć o przerzuceniu się w odpowiednie, stały zarobek dające strony.

Mieliśmy krewnego wielowsiaka, Jędrzeja Dz., który wówczas przed kilku miesiącami przesiedlił się z Zakrzówka fabrycznego na ziemię chełmską, skąd pisał do nas, że bardzo dobrze tam się mu powodzi, a synowie jego mają stały zarobek w pobliskiej hucie szkła. Miejscowość ta, do której ów Jędrzej nas wabił, oddalona była od Zakrzówka sporo mil. Ojciec, nie chcąc narażać się na trudy i koszta dalekiej drogi gwoli samego tylko zbadania stosunków na miejscu, a polegając na słowach brata, jak Jędrzeja zwykle nazywał, postanowił prosto zaraz po uregulowaniu interesów w Zakrzówku tam się ze wszystkim przeprowadzić. I tak też się stało.

W wigilię naszego odjazdu odwiedził nas poczciwy Krempa wraz z żoną. Wszedłszy do izby i pochwaliwszy Pana Boga, stał chwilę przy drzwiach, jak gdyby się czegoś wahał. Wnet jednak, ośmielony sekretnym szturchańcem żony, zrobił krok naprzód, a zagłębiwszy rękę w kieszeń sukmany96, jął coś wydobywać, aż i wydobył żywą kurę i matce mojej wspaniałomyślnie ją ofiarowywał. Matka wszakże, znając stosunki Krempów, wiedziała dobrze, że kur żadnych oni nie mają; nie kwapiąc się zatem do przyjęcia podarku, by ich, również jak my sami biednych, na stratę nie narażać, zapytała, jak do tej kurki przyszli? Zaambarasowany nieco tym pytaniem Krempa wyznał, że pragnął z serca coś nam w chwili rozstania w prezencie ofiarować; gdy jednakże nie miał w domu nic odpowiedniego na ten cel, całym bowiem ich mieniem był jedyny syn Marek, trafiła się mu szczęśliwie (nie przymierzając jak patriarsze Abrahamowi zaplątany w krzakach baran, którego miast syna Izaaka Panu na całopalenie złożył97) ta oto kwoczka na drodze, którą schwytał i o przyjęcie jej prosi. Ale matka w tak pospolity sposób zdobytej ofiary przyjąć nie chciała, za czym kwoczka wróciła nazad do kieszeni naszego poczciwca.

Rankiem dnia następnego byliśmy gotowi do drogi.