Naprzód ruszył wóz, wyładowany niezbędnym domowym statkiem98, między którym usadowiła się matka z dwoma młodszymi braćmi, Frankiem i Władziem, ja zaś odosobniony postępowałem w tyle. Przechodzący mimo koledzy przystawali i żegnali się ze mną, co tak mnie rozczuliło, że począłem unikać spotkania z nimi, żeby się z żalu nie rozpłakać. Anim wtedy przypuszczał, że do chwili, kiedy wspomnienia te kreślę, już ich nie zobaczę, a Bóg wiedzieć raczy, czy jeszcze w tym życiu to nastąpi.

Jadąc dzień i noc z krótkimi przystankami u przydrożnych karczem dla rozgrzania skostniałych członków, nareszcie drugiego dnia koło południa stanęliśmy u celu podróży. Była to kolonia, niedawno na wyrębie leśnym powstała, nazwana Chromówką. Tu przede wszystkim trzeba było pomyśleć o mieszkaniu, które też na drugi dzień po naszym przybyciu ojciec zgodził u jednego z kolonistów, z którym wspólnie w jednej izbie mieszkać mieliśmy.

Rychło przekonał się ojciec, że i tu, niestety, zawiedziony został, ale nie było czasu na próżne żale. Należało myśleć o jakimś zarobku, bo krupki99 w matusinych woreczkach były na wyczerpaniu. Ale na razie nie tak łatwo było dostać robotę w hucie, do której najprostsza droga, a właściwie ścieżka, przez derby100 i sapy101 prowadząca, okazała się co najmniej dwa razy dłuższa od drogi z listu kochanego Jędrzeja.

Nareszcie po paru dniach znalazła się robota przy rąbaniu i składaniu w sągi drzewa w lesie, odległym około 4 wiorst102 od miejsca naszego zamieszkania, do której to roboty postanowiliśmy chodzić.

Wstając przed świtem, spożywaliśmy wcześnie przez matkę przyrządzone śniadanie, na które składał się jęczmienny, na blasze kuchni upieczony podpłomyk oraz żur, szumnie wówczas „barszczem” przez nas zwany, i okutawszy się w co się dało, z piłą i siekierami wychodziliśmy z domu, zaopatrzeni w garnuszek na gęsto na wodzie zgotowanej jęczmiennej kaszy, która to strawa trojgu nam, tj. ojcu, Jasiowi i mnie starczyć miała aż do czasu powrotu na noc do domu.

Praca w lesie, nie powiem, żeby do lekkich należała. Drzewo do ścinania i rąbania przeznaczone były to przeważnie młode, rosochate a krzywe dęby, a obok nich z rzadka brzozy. Zrąbanie jednej sągi, od której płacono wówczas około 60 kopiejek, zabierało nam trzem w tych pod każdym względem niekorzystnych warunkach nieraz dwa dni uporczywej pracy, z krótką na obiad przerwą. Podczas tej obiadowej przerwy, rozpaliwszy ogień, przystawialiśmy doń wspomniany garnuszek do odgrzania, ciągle nim obracając dla uchronienia naszego skarbu od przypalenia. Po czym przysiadłszy przy ogniu i wydobywszy blaszaną łyżką bryłki kaszy na połę zwisającego z grzbietu łacha, obyczajem murzyńskim braliśmy palcami ten dar boży i — chap! — uważając przy tym, by najmniejszej choćby drobiny na ziemię nie uronić. Równo z zachodem słońca wracaliśmy na noc do domu, gdzie czekała nas podobnie wybredna wieczerza, którą spożywaliśmy z wilczym apetytem. W takich warunkach pracowałem w lesie prawie do końca zimy.

Rozkoszy wielkiej wówczas wprawdzie nie miałem, czułem się przecież nie najgorzej. Owszem, swobodny ruch, powabny obraz lasu i świeże, acz mroźne powietrze, a nad tym wszystkim niekrępowana wola i skojarzona z przyrodą myśl bardzo dodatnio na usposobienie wpływały. I gdyby tylko nie ten nieszczęsny żołądek, co zbyt częstym a natarczywym domaganiem się swych praw człeka prześladował, byłoby mi nawet dobrze.

Wielu z miejskich wyeleganconych i jak lalka wymuskanych panków, z których jedni o burakowej twarzy, w brzuchu jak beczka grubaśni, drudzy zaś jak kreda bladzi, a jak tyka chudzi — w jednym jak i w drugim przypadku skutkiem braku ruchu i stęchłego miejskiego powietrza, a nierzadko także częstych a obfitych libacji — narzeka na niemoc, głównie na chorobę żołądka. Takim pożałowania godnym osobnikom radziłbym, by zamiast odbywać kosztowne podróże do zagranicznych „badów”103 i tam czy to płukać swe przetłuszczone ciała, czy też pić ohydnego smaku „mineralne” wody, brali siekiery i szli do lasu drwa rąbać, a ręczę, że rychło nie tylko apetyt i zdrowie, ale i dobry humor odzyskują. Kto nie wierzy, niech spróbuje.

Z początkiem wiosny chodziłem z Jasiem przez krótki czas do roboty przy sypaniu wału budującej się tam wówczas, a prawie już na ukończeniu będącej drogi żelaznej, zarabiając dziennie coś około 25 kopiejek. Przy robotach tych przeważali robotnicy Niemcy.

Pewnej niedzieli zjawił się u nas w Chromówce jeden z majstrów hutniczych z Rudy i zaproponował rodzicom 4 ruble miesięcznie za regularne posyłanie mnie do niego do huty, oświadczając zarazem, że skoro tylko nabędę odpowiedniej w fabryce wprawy, wynagrodzenie stosownie podwyższy. Troska zaś nad zaspokojeniem codziennych potrzeb mego żołądka zostać miała i nadal przy rodzicach. Po krótkim targu propozycję rodzice przyjęli.